środa, 20 stycznia 2016

Wiadomości parafialne

Witojcie! Przychodzę do was z kilkoma dość istotnymi dla mnie sprawami. Otóż: 
1.Wiem, że jestem plebsem bo nie wrzucam rozdziałów (mimo, że nikt tego i tak nie czyta :( ), ale mam całkowite zaćmienie i rozleniwienie mojej weny twórczej. Nie mam bladego pojęcia co mogłabym napisać o Mars, a nie chce wstawiać tu jakiegoś kału, więc proszę o cierpliwość. 
2. Zaczęłam produkować się na Wattpadzie : https://www.wattpad.com/home . Myślę, że wszyscy wiedzą o co tam chodzi, ale mimo to i tak wytłumaczę. Powyższa strona powstała po to, aby młode lub stare umysły mogły się popisać swoimi umiejętnościami pisarskimi. Żeby móc korzystać z Wattpad wystarczy założyć konto (darmowe) i czytać lub tworzyć nowe, amatorskie książki. Ja również chcę spróbować swoich sił więc o to link do mojej książeczki :) https://www.wattpad.com/212923318-serce-ze-stali-prolog . Jak na razie to tylko mini opis, ale w przeciągu 1-2 dni powinien pojawić się prolog więc zapraszam! 
Dziękuję za przeczytanie i mam nadzieję, że odwiedzicie moje bazgroły! :) Buziaki Tesa

środa, 6 stycznia 2016

Rozdział X ,,Załamka"

Nastała sobota. Czas, który teoretycznie ma być przyjemny i wolny od jakichkolwiek obowiązków, ale nie dla mnie. Siedziałam na pieńku i rozmyślałam nad sensem mojego życia. Niestety nie odnalazłam go, a jedyne co udało mi się odszukać to poczucie winy. Moje głębokie myśli przerwał dobrze znany mi dźwięk telefonu. Wyciągnęłam urządzenie z kieszeni i spojrzałam na błyszczący ekran. Alex?! Co on znowu ode mnie chciał? Postanowiłam go zignorować i przerwałam połączenie, ale po chwili znowu do mnie zadzwonił. Dziwne... Mimo to, znów odrzuciłam rozmowę. Po chwili dotarł do mnie SMS. Od Alex'a... Odblokowałam komórkę i odczytałam treść wiadomości: ,,Spotkajmy się w parku. Pilne! Proszę... :@" Zdziwiłam się. O co chodzi?-pomyślałam.-I po co jest ta psychopatyczna buźka?! Podeszłam do Ean'a, który chwilowo sprzątał zużyty opał. Stanęłam okrakiem i patrzyłam na niego licząc, że to on napocznie konwersację. Chłopak ujrzawszy mnie głęboko westchnął i szczerze się uśmiechnął.
-Słucham-rzekł.
Przygryzłam wargę i spojrzałam w lewo. Zobaczyłam James'a zajętego zbieraniem jakiś chwastów.
-Muszę...-urwałam szukając odpowiednich słów.-Muszę zobaczyć się z Al'em.
Ean zmarszczył czoło i spojrzał zszokowanym wzrokiem na mnie.
-Z Alex'em? Z tym Alex'em?-dopytywał.
-Tak, dokładnie z tym-odpowiedziałam luźno.
-W takim razie idź. Nic cię tu nie trzyma.-rzekł o dziwo spokojnie.
-Naprawdę?!-wytrzeszczyłam seledynowe gały oczne.
Ean kiwnął głową. Zamyśliłam się. ,,Przecież on chce chronić mnie przed wszystkim! Kilka dni temu poćwiartował biedronkę, ponieważ dziwnie na mnie patrzyła''-tłumaczyłam sobie.  Nagle pstryknęłam palcami, ponieważ zrozumiałam dlaczego wypuszcza mnie do mojego ex.
-Będziecie mnie śledzić?!-zapytałam z łobuzerskim uśmieszkiem.
-Nie-odpowiedziałam chłopak i wyrzucił resztki spalonego drewna do worka.
Zrobiłam dzióbek i poruszyłam ramionami.
-Okej, w takim razie idę!-wyszczerzyłam pożółkłe zęby i udałam się w drogę.
W tym momencie do sprzątacza przybiegł James.
-Idziemy za nią?-zapytał.
-Jasne...-uśmiechnął się Ean.
*****
Biegłam przez las nie świadoma, że chłopacy idą za mną krok w krok. Ścieżka usypana była ostrymi kamieniami, a ziemia wokół miała kolor jasnobrązowy. Po kilku sekundach biegu zaczęłam powolnie dreptać w stronę umówionego miejsca. Kiedy w końcu znalazłam się przed bramką do parku poczułam dziwne ukłucie w sercu. Może to resztki miłości, którą kiedyś czułam do Alex'a. A może lęk przed wiadomością jaką miał zdradzić mi chłopak? Cokolwiek to było, było bardzo nieprzyjemne. Bolało i odbierało możliwość oddychania. Postanowiłam wziąć się w garść i zapomnieć o kłuciu, które wciąż czułam. Złapałam metalową furtkę i zamaszystym ruchem pociągnęłam w swoją stronę. Bramka jak wrota otworzyła się przed moim obliczem i mogłam wejść na teren parku. Rozejrzałam się wokół. Piękna zieleń krajobrazu mieszała się z jesienną żółcią i brązem, a ławki dawno obrósł soczysty mech. Wciągnęłam świeże powietrze do płuc, aż poczułam, że w narządach rośnie mi łąka. Na jednej ze szmaragdowych siedzisk siedział ciepło ubrany Alex. Nerwowo poruszał nogami i co chwila rozglądał się za mną. Pomachałam mu, a on kiwnął porozumiewawczo głową. Dosiadłam się i zaczęła się nasza rozmowa.
-Hej...-szepnął nieśmiało Al.
-Cześć...-odpowiedziałam równie cicho.-Więc o co chodzi?
Chłopak westchnął i schował twarz w dłoniach. Płakał. Pogładziłam go po plecach dla otuchy, ale to niestety nie pomagało. Zrobiło mi się go żal.  Zawiał delikatny wiaterek. Alex ukazał swoją twarz i rzekł:
-Tu nie chodzi o mnie...-rzekł chłopak.
-Więc o co?-powiedziałam czule ciągle gładząc go po plecach.
Al głęboko westchnął i zaczął szlochać jeszcze bardziej.
-O twoją mamę...-odrzekł od niechcenia.
Przeszedł mnie dreszcz.
-W takim razie słucham-powiedziałam i oparłam podbródek na dłoni.
-Ona...-jąkał się.-Ona...
-No mów!-niecierpliwiłam się.
-Ona jest poważnie chora...-wymamrotał.
Poczułam jak krew od koniuszków palców u stóp do głowy odpływa i kumuluje się ciężko na policzkach. Poza tym jedynym kolorowym akcentem byłam całkowicie blada, a mój oddech... W zasadzie to brak oddechu.
-Co jej jest?!-krzyknęłam z przerażeniem.
Alex spojrzał na mnie zapłakanymi oczyma i westchnął:
-Boże...
Wiedziałam, że to oznacza POWAŻNE kłopoty.
-Mów, zniosę wszystko!-zażądałam.
Chłopak przetarł oczy.
-W zasadzie to nawet nie wiem czy ona jeszcze żyje...-w tej właśnie chwili cały świat zwalił mi się na głowę.
-Co?!-szepnęłam skrzeczącym tonem.
-Postanowiłem odwiedzić twoją mamę aby dowiedzieć się co z tobą. Czy już wróciłaś, jak się masz i takie tam...-mówił załamany Alex.-Normalnie wszedłem do domu, ale nikogo tam nie było. Rozejrzałem się po budynku, ale zastałem jedynie płaczącą Lilkę. Ululałem ją i poszedłem dalej szukać pani Anais. W salonie-pustka, w sypialni-pustka, w kuchni-pustka, ale w łazience...
Chłopak załamał ręce.. Pokręcił głową. Ponownie zaczął płakać. Chwyciłam go za ramiona i mocno nim potrząsnęłam.
-Skup się i mów co było dalej!-rozkazałam hardo.
Alex zaczął ponownie prawić:
-Drzwi łazienki coś blokowało. Mocniej nimi pchnąłem i ujrzałem twoją mamę. Leżała w kałuży krwi, blada i połamana. Miała otwarte złamanie ręki i wykręcone nogi...
-Jezusie...-zatkałam otwarte usta trzęsocą się dłonią.
-Mam kończyć?-zapytał nerwowo Al.
-Tak, tak...-kiwnęłam głową.
-Koło niej leżał nóż i żyletki... Sprawdziłem puls. Praktycznie niewyczuwalny. Zadzwoniłem na pogotowie i zacząłem reanimację. Z każdym uciskiem, z jej ust leciała krew, więc postanowiłem przestać. Kilka minut później przyjechała karetka i zawiozła ją do szpitala.
Przez całą opowieść obgryzłam wszystkie paznokcie i wyrwałam wszystkie włosy.
-Do jakiego szpitala?-rzekłam i chwyciłam się za kark.
-Do miejskiego-odpowiedział Alex i wstał gwałtownie.-Muszę już iść. Śpieszę się...
W jego oczach widziałam strach i chęć ucieczki.
-Jasne...-powiedziałam i zmusiłam się na subtelny uśmiech.
Chłopak wolnym krokiem opuścił park, ale ja zostałam. Nie wiedziałam co mam zrobić. Iść do mamy czy też załamać się i najlepiej skoczyć z mostu? Byłam w kropce. Moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Zastygło. Całkowicie zapomniałam o chłopakach i jakieś pokichanej drużynie, która ma pokonać jakieś bezsensowne stwory. Teraz liczyła się tylko ona : moja mama. Po krótkiej chwili rozmyślania postanowiłam udać się do szpitala.
*****
-Jeden normalny proszę.
Kierowca podał mi zielony świstek i zażądał 2,80. Zdzierstwo!
-Dzięki-rzekłam i usiadłam na miejscu przy oknie.
Autobus ruszył. Spoglądałam przez szybę. Widok rozmazywał się i jedyne co dało się ujrzeć to plamy zieleni i szarości. Przystanek. Wsiadły ze dwie osoby. Ponowny odjazd. Kilka minut później: stop. Przystanek. Wysiadł jeden mężczyzna. Mój smutek powiększał się z każdą chwilą. Nagle tuż obok mnie usiadła jakaś dziewczyna. Długie, kasztanowe włosy, ciemne oczy, na oko siedemnastka. Ubrana była w płaszcz i wytarte jeansy. Pojazd znowu się zatrząsł i zaczął jechać. Zgrabna osóbka obok mnie patrzyła przed siebie jakby szukając czegoś bardzo ważnego.
-Wszystko dobrze?-zapytałam.
Dziewczyna spoglądnęła na mnie i uśmiechnęła się.
-Jasne...-odpowiedziała.
Wyciągnęła dłoń i powiedziała:
-Becky.
-Miło mi, Marissa. Dla przyjaciół Mars.
Becky parsknęła.
-Tak jak ta planeta?-dopytywała.
-No...-kiwnęłam głową.
Ponownie spojrzałam w okno.
-Gdzie jedziesz?-rzekła pytająco.
Westchnęłam.
-Do mamy, do szpitala.
-Przykro mi...-powiedziała i utkwiła wzrok w moje ubrania.-Przepraszam, że pytam, ale jesteś bezdomna?
Zaśmiałam się tak głośno, że staruszka siedząca za mną zwróciła mi uwagę.
-Nie...-otarłam łzy śmiechu.-Albo...
Mina mi zżędła. W zasadzie to byłam typowym żulem. Bez domu, perspektyw, a jedynymi przyjaciółmi są jakieś dusze. Obraz nędzy i rozpaczy.
-A ty, dokąd jedziesz?-zmieniłam temat.
-Na cmentarz. Do brata.
Zrobiło mi się głupio. Przecież za kilka dni to ja mogłabym być tam stałym bywalcem. Boże...
-Przepraszam...-skruszyłam się.-Jak się nazywał?
-James Blackbell.-odrzekła Becky.
Myślałam, że się przesłyszałam.
-Możesz powtórzyć?
Wątła osóbka spoglądnęła na mnie ze zdziwieniem.
-James Blackbell-wydusiła w końcu.-Znałaś go?
 Złapałam się za głowę.
-Znam...-szepnęłam tak cicho, że tylko ja usłyszałam mój pomruk.
Autobus się zatrzymał.
-To mój przystanek. Muszę iść-mówiła z uśmiechem.
-Zaczekaj!-rzekłam i chwyciłam ją za chudą rękę.- Czy możemy się jutro spotkać?
Becky zdziwiła się.
-Jasne... W parku o piętnastej. Jutro.
-Okej-westchnęłam i poczułam ulgę.
Pojazd znów ruszył.
*****
Stałam przed szpitalem. Przyprawiał mnie o ciarki. Patrzył na mnie i powoli mordował moją odwagę. Oszklone ściany odbijały blask słońca, przez co musiałam mrużyć oczy. Podeszłam do drzwi i wolno je otworzyłam. Od razu poczułam woń leków i tanich prześcieradeł. Wszędzie krzątały się salowe i pielęgniarki, a lekarze zapewne operowali.
-Szukasz kogoś?-zapytała nagle sympatyczna kobieta.
Odczytałam z jej identyfikatora dane. Magdalene Sand. Kojarzyłam to nazwisko.
-Tak, szukam mamy. Anais Hughes, wie pani może gdzie ona jest?-dopytywałam.
-Hm...-pielęgniarka zamyśliła się.-To chyba sala 312.
Odetchnęłam.
-Dziękuję-uśmiechnęłam się i pognałam do pokoju wskazanego przez Magdalene.
-Zaczekaj!-krzyknęła kobieta.-Ty jesteś Marissa?
Stanęłam jak wryta.
-Tak...-przeciągnęłam.
-Pamiętasz mnie? Trzy lata temu. Opiekowałam się tobą kiedy wasz szkolny autobus miał wypadek-wyszczerzyła się pani Sand.
-No tak!-kiwnęłam głową i popędziłam dalej.
*****
-Mamo...-powiedziałam kiedy zobaczyłam ją leżącą na łóżku.
Miała poprzyczepiane tysiące rurek i wenflonów. Maszyna stojąca obok jej łoża pikała w jednym rytmie. Rodzicielka owinięta była bandażami i przykryta została zieloną płachtą. Klęknęłam przy niej. W momencie zaczęłam płakać. Złapałam ją za rękę. Była zimna i poraniona.
-Przepraszam...-szepnęłam.
Nagle maszyna życia zaczęła wyć.
-Mamo?!-krzyknęłam i wcisnęłam guzik.
Po kilku sekundach do pokoju wbiegły trzy pielęgniarki i lekarz. Jedna z kobiet odciągnęła mnie od łóżka. Mimo szarpania, nie udało mi się jej wyrwać. Mężczyzna spoglądnął na wrzeszczącą machinę.
-Zatrzymała się. Reanimacja!-rzekł spokojnie i przystąpił do odratowywania mojej mamy.
Stałam tam patrząc jak moja jedyna bliska osoba umiera. Lekarz udzielał jej pomocy jeszcze przez kwadrans, ale i tak stwierdził:
-Zgon o trzynastej dwadzieścia...
Moje życie zatrzymało się właśnie wtedy.

środa, 23 grudnia 2015

Rozdział IX ,,Ogarnia nas Mgła..."

ZANIM PRZECZYTASZ!
Ten post, jest ostatnim postem w tym roku, więc pragnę życzyć Wam, moim drogim czytelnikom, zdrowia, szczęścia, miłości, weny i motywacji, a także miliona wyświetleń na waszych blogach oraz szczęśliwego 2016 roku. Gorąco pozdrawiam wszystkich i dziękuję, że wbiliście 400 wyś. Jestem z Was dumna :)
*****
-No cześć!-usłyszałam radosny głos James'a. 
W jednej sekundzie odsunęliśmy się od siebie i każdy odwrócił wzrok. James usiadł uśmiechnięty między nami i popatrzył na mnie. Ukryłam twarz pod kłębem włosów. Chłopak skrzywił się i rzekł: 
-Musisz się wykąpać...
To fakt. Nie myłam się od tygodnia i śmierdziałam jak gówno. 
-Niby jak mam to zrobić?-zapytałam wnerwiona. 
James zamyślił się. 
-Gdzieś tu widziałem pompę wodną...-ciągnął.-Chodź to ci pokażę. 
Spojrzałam na błyszczący księżyc. 
-Okej. Tylko rano. Jestem wykończona-udałam ziewnięcie. 
-J-jasne...-szepnął chłopak. 
Wstałam i odeszłam klifu. Chwyciłam koc i ponownie rozłożyłam go na ziemi. Położyłam się i rzekłam: 
-Dobranoc... 
Było twardo i zimno. Mimo to kilka minut później zasnęłam. 
***** 
Śniła mi się Lea. Nie był to ten sam sen, który prześladował mnie już 3 lata, lecz inny, wyjątkowy. Dziewczyna stała naprzeciw mnie i mówiła. 
-Marissa... Posłuchaj mnie kochana! 
Stałam, a łzy lały się strugami. Leana miała nadal trzynaście lat i odziana była w to samo kiedy widziałam ją po raz ostatni. 
-Wiem, że poznałaś już Ean'a i James'a. To dobrze... Mimo to nie znasz całej prawdy. 
Otarłam łzy i zdziwiłam się. Ten sen był tak rzeczywisty, tak wzruszający, tak prawdziwy... 
-Chłopacy ukrywają coś przed tobą. Musicie wrócić tu: do Sevelli. Kiedy już tam dotrzesz poznasz swoje przeznaczenie. Na razie mogę powiedzieć ci tylko tyle: czeka cię walka... 
W tym momencie obudziłam się zlana potem i przerażona. Krzyknęłam i rozejrzałam się wokół. James i Ean jeszcze spali. Rękawem wytarłam morze wody z czoła i po cichu wstałam z kocyka. Przeciągnęłam się, a na swoich plecach poczułam promienie jesiennego słońca. Były ciepłe i przenikały mnie. Zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się. Po chwili spojrzałam w górę. Ranna gwiazda wskazywała godzinę ósmą. Postanowiłam udać się na przechadzkę w poszukiwaniu jedzenia. Zaczęłam iść głębiej w las. Szłam po wydreptanej dróżce, a zewsząd otaczały mnie drzewa i krzewy. Woń, którą wydzielały działała jak zastrzyk adrenaliny lub dobra kawa. Nagle kilkanaście metrów dalej ujrzałam polanę przepełnioną jakimiś czerwonymi owocami. Biegłam w ich stronę, jakby były one bóstwem. Kiedy w po kilku sekundach dotarłam do życiodajnej polany mogłam bliżej przyjrzeć się owocom. Truskawki!!! Chyba jeszcze nigdy w życiu nie cieszyłam się tak na głupie truskawy! Zbierałam je tak łapczywie, że niektóre z nich uszkodziłam, a niektóre zjadłam. Mimo to owoców nie ubywało. Kiedy ukradłam ich już kilogram, wróciłam do bazy krokiem tak lekkim i tak zwiewnym, iż myślałam, że zaraz pofrunę. W końcu dotarłam na miejsce zakwaterowania, ale widok jaki ujrzałam odebrał mi mowę. 
*****
-Gdzie ona jest?!-wrzeszczał jakiś paker jednocześnie potrząsając James'em. 
-Nie wiem! Odwal się!-krzyknął chłopak. 
Wyrwał się z objęć napastnika i przyjął postawę obrony. Mężczyzna złapał za szyję Ean'a i ponownie zapytał: 
-Gdzie ona jest!? 
Chłopak robił się fioletowy, a kończyny mu bielały. 
-Skąd mam wiedzieć?!-odpowiedział i cudem wyrwał się z kolosalnych łap potwora. 
Schowałam się za drzewem, a mój oddech gwałtownie przyśpieszył. Ręce pokrył pot, a oczy przesłonił strach. Spojrzałam na gałęzie wystające z pnia. Chwyciłam za jedną z nich i mocno pociągnęłam aż drewno pękło, a w mojej dłoni zalazł się badyl. Przejechałam palcem po korze. Była szorstka i twarda. Ostatecznie zacisnęłam ręce na kiju i wychyliłam się zza osłony. Monstrum nadal znęcało się nad chłopakami. Zaczęłam cicho dreptać w stronę przeraźliwego obrazka. Ean spostrzegł mnie. Subtelnie pokręcił głową i zrobił minę tak przestraszoną, jak Lilka kiedy po raz pierwszy ujrzała jeża. Kroczyłam coraz to wolniej licząc, że mężczyzna zniknie. Po chwili spostrzegłam się, że widzi mnie również James i wykonuje dziwne ruchy rękoma. Wywijał nimi jak moja mama na weselu. Zatrzymałam się i uniosłam brew. Wywijasy chłopaka trochę mnie rozbawiły, ale zrozumiałam, że właśnie w ten sposób daje mi wskazówki jak pokonać zmorę. Pokazałam kciuk, a James dotknął swoją głowę. 
-Co ty wyprawiasz?!-rzekła postać, a jej głos przyprawił mnie o drżenie. 
Mimo strachu zamachnęłam się i walnęłam potwora kijem w czaszkę. Usłyszałam chrupot, a po chwili monstrum znikło. 
-Ty go zabiłaś...-nie dowierzał Ean. 
Stałam jak wryta wciąż w postawie obronnej. Upuściłam kij i zrobiłam szarmancką minę. 
-No pewnie... Myślałeś, że nie dam rady?-mówiłam niskim tonem co chwila poprawiając niesforną grzywkę. 
Chłopacy zaśmiali się, a już po sekundzie tkwiliśmy w jednym grupowym uścisku. 
-Dobra, koniec żartów.-rzekłam i wyrwałam się z objęcia.-Co to było?
Cisza. 
-Co to było?
Ponownie cisza. 
-CO TO BYŁO!!!!!
Ean delikatnie się odsunął. 
-To nasz odwieczny wróg, a raczej jego wysłannik.-powiedział James.-To z jego powodu tu jesteśmy... 
I właśnie tego oczekiwałam. 
-Czyli uciekliście?-zapytałam nieśmiało. 
Chłopak westchnął. 
-Nie mieliśmy wyjścia.-znów zaczął nerwowo dreptać w miejscu.-Wszyscy ginęli... To była jakaś masakra... Wszędzie srebro... Metal... I oni! 
-Jacy oni?-zdziwiłam się. 
-To Mgły...-wtrącił się Ean. 
Chłopacy spojrzeli po sobie. 
-Usiądźmy...-rzekłam i wskazałam trzy głazy. 
-Jasne-szepnął James i usiadł na jednym z nich. 
Uczyniłam to samo. Zapadło krępujące milczenie. 
-Błagam was-zaczęłam-powiedzcie mi wszystko. Nie lubię tajemnic i niewiedzy. Proszę... 
Zrobiłam swoje maślane oczka. Widoczne było, że ich to urzekło. 
-Okej... -westchnął James.-Mgły to potwory zrobione z samego zła. Jedno dotknięcie, a giniesz. Dotyczy to wszystkich, prócz dusz-tu wskazał Ean'a i siebie.-Znają one sposoby na uśmiercenie wszystkiego co żyje. 
-W tym także was, tak?-powiedziałam. 
-Tak... Ale my nie żyjemy. Przecież wiesz. Ale cóż, konkrety-przeczesał dłonią włosy.-W ich mrocznej krainie produkuje się broń, trucizny i srebro. W sumie to ich jedyne zajęcie. Pragną zniszczyć wszystko i niestety udaje im się to. 
-Pozostały jedynie dwa światy. Ten twój i nasz. Prawie...-wszedł w słowo Ean. 
Spojrzałam na nich ponuro. Rozumiałam ich ból po stracie czegoś na czym bardzo nam zależy. W końcu opuściła mnie Leana... i tata. 
-Przykro mi...-odpowiedziałam. 
-To nic-szepnął James.- Tak już jest. Nie wiemy co się tam teraz dzieje. Może tego już nie ma... Może to koniec?
Chłopak schował twarz w dłoniach i zaczął szlochać. 
-Przybyliśmy na ziemię żeby odnaleźć drużynę, która zdoła pokonać Mgłę. 
-Na ziemi?!-krzyknęłam z podziwem.
-Tak, właśnie tu.-odrzekł Ean. 
I znowu ta okropna cisza. 
-Ty masz być jej kapitanem-wypalił nagle James. 
-Ja?!-zdziwiłam się. 
-Tak, ty nas uratujesz.-chłopak spojrzał w dal.-Wierzę w to...

niedziela, 13 grudnia 2015

Rozdział VIII ,,Klify"

Zbliżał się wieczór. Nadchodził ciężkim krokiem zrzucając swój ciemny płaszcz. Gwiazdy migotały, a księżyc patrzył na mnie swymi srebrnymi oczyma. Leżałam na trawie, która muskała moją bladą skórę. Przypomniał mi się pamiętny wieczór kiedy wraz z Leaną pojechałyśmy na biwak, właśnie tu-do lasu Lizzo. Rozbiłyśmy namioty i próbowałyśmy rozpalić ognisko. Przez pół godziny szukałyśmy zgubionego krzesiwa, które Lea miała schowane w kieszeni. Nie wiedziałyśmy o tym więc postanowiłyśmy wykorzystać stare metody: dwa patyki. Tarłam nim tak długo, że na palcach zrobiły mi się odciski. Siedziałyśmy smutne, skamieniałe od zimna i o pierwszej w nocy wróciłyśmy do domu. Ach... Stare czasy... Najlepsze w moim życiu. Nagle do oczu zaczęły napływać mi łzy. Uświadomiłam sobie jak bardzo brakuje mi Leany. W takich momentach zazwyczaj kopała mnie w zadek, a ja się śmiałam. Próbowałam sobie ją przypomnieć. Uśmiechniętą, ubraną w dresy i obcisłą bluzkę, potarganą, ale szczęśliwą, lecz...nie potrafiłam. Całkiem już zapomniałam jak wyglądała. Myślałam, że nigdy się tak nie stanie. Niestety... 
-Coś nie tak?-zapytał Ean, który leżał plackiem obok mnie. 
Otarłam rękawem łzy i rzekłam: 
-Jest okej. Tak myślę... 
Chłopak spojrzał w niebo. Głęboko westchnął i zamknął oczy próbując sobie coś przypomnieć. 
-Jak tam jest?-wypaliłam wyrywając go z labiryntu pamięci. 
-Ale gdzie?-dopytał. 
Palcem wskazałam niebo. Ean zaśmiał się, ale jego entuzjazm szybko zgasł. Miałam wrażenie, że coś musiało się tam stać. Coś co sprawiło, że teraz chłopacy mają spore problemy... 
-Tęsknie za tym miejscem...-powiedział jak typowy marzyciel. 
Posłałam mu słaby uśmiech, a on go odzwierciedlił. 
-Czy tam są wszyscy, którzy zmarli?-zapytałam ogromnie licząc na potwierdzenie. 
-A szukasz kogoś konkretnego?-zachichotał Ean. 
Przygryzłam wargę i popatrzyłam na małe znamię, które odziedziczyłam po tacie. 
-Nie...-rzekłam.-Tak tylko pytam.
Nie chciałam poczuć zawodu, słysząc, że tak naprawdę tata jest gdzieś gdzie nikt nie ma dostępu i nigdy go nie zobaczę. 
-Chcesz wiedzieć coś jeszcze?-rzekł Ean mając nadzieję, że wywiad się skończy. 
-Tak! Wiele rzeczy...-tryb wścibska Marissa: aktywacja. 
Chłopak wywrócił oczyma, ale był to gest przyjazny, służący rozbawieniu mnie. 
-W takim razie, słucham. 
Zamyśliłam się. O co mogłam zapytać duszę?... 
-Jak i kiedy umarłeś?-wypaliłam. 
Trafiłam w czuły punkt. Ean odwrócił wzrok i prawie przestał oddychać. 
-Przepraszam...-odwróciłam wzrok na znak skruchy. 
Zrobiło się mi go szkoda. 
-Może usiądziemy tam?-rzekł i wskazał klif wysokości kilkuset metrów. 
Kurde. Propozycja wspaniała, ale co jeśli spadnę? Postanowiłam jednak zaufać Ean'owi i razem zaczęliśmy dreptać w stronę przepaści. 
*****
Widok roztaczający się z góry był OSZAŁAMIAJĄCY! Cudowna lazurowa woda delikatnie szumiała, a piaszczysta plaża błyszczała w świetle księżyca. Wiała delikatna bryza. Powoli usiadłam na krańcu klifu i westchnęłam. Poprawiłam kaptur i popatrzyłam w dół. Momentalnie zrobiło mi się słabo, a w głowie kręciło się niczym w kołowrotku. Chwilę później przy mnie znalazł się Ean. 
-W takim razie zacznijmy od początku-mówił chłopak.- Jestem tak zwanym ,,świeżakiem", ponieważ umarłem jakieś dziesięć lat temu. 
Słuchałam każdego jego słowa z ogromnym poruszeniem i chęcią wsparcia. 
-Miałem wypadek samochodowy. Opuściłem żonę. 
Tu mnie zatkało. Żonę? To ile on ma lat?! 
-Była suką. Zdradzała mnie i nie kochała. Miała mnie głęboko w dupie, a moja śmierć... cóż... 
Oparłam brodę na ręce. 
-Rozumiem. Ile masz lat?
Ean parsknął śmiechem. 
-Czterdzieści-odparł. 
Szczena opadła mi do samej ziemi. 
-No... W  takim razie nieźle się trzymasz...-pokiwałam głową i uszczypnęłam go w policzek. 
Chłopak chwycił mnie za rękę i uśmiechnął się swoim zniewalającym uśmiechem. Jego blond czuprynę rozwiewał wiatr, a w świetle księżyca magiczne tęczówki stały się ciemnoseledynowe. Spojrzałam mu prosto w oczy, a serce podskoczyło w górę. Ciężko przełknęłam ślinę wciąż patrząc na chłopaka. Zapadła chwila ciszy, która w moim odczuciu trwała wieki. 
-Marissa...-szepnął. 
-Tak?-zapytałam równie cicho. 
Ean dotknął dłonią mojego policzka. Jego ręka była ciepła i gładka. 
-Nie powinieneś flirtować z młodszą od siebie o dwadzieścia lat...-rzekłam udając nauczycielkę. 
Chłopak uśmiechnął się i...

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Rozdział VII ,,Prawda"

Z moich rąk wystrzeliły wiązki światła, które przeszły James'a na wylot. Blask był niewyobrażalnie jasny, więc zamknęłam oczy. Usłyszałam dźwięk pękania, a pod stopami poczułam zimną...wodę! Natychmiastowo otworzyłam paciorki i rozejrzałam się wokoło. Z gleby zaczęła wypływać ciecz przypominająca mocno rozrzedzony kisiel. James unosił się kilka centymetrów nad ziemią. Moje ręce ciągle produkowały wiązki, a ja nie miałam nad tym kontroli. Zaciskałam dłonie w pięści, wycofywałam je, ale to nie pomagało. 
-Ean!-krzyknęłam. 
Popatrzyłam w niebo. Zauważyłam w dali białego orła, który zbliżał się w moją stronę. Przestraszyłam się, ale nie miałam okazji nawet ruszyć palcem, bo po chwili znalazłam się z nim oko w oko. Ptak patrzył na mnie inteligentnym wzrokiem i dał kilka kroków naprzód. Wydał  z siebie skrzek i usiadł na klatce James'a. Przez kilka sekund dreptał nieustająco, a potem wbił pazury w trupa i wyjął z niego... węża. Czarnego wijącego się potwora, który syczał i wypluwał jad. Nie mogłam uwierzyć w to co ujrzałam. Orzeł ostatni raz posłał mi swoje mądre spojrzenie i zatrzepotał skrzydłami. Zaczął odlatywać, a po chwili znikł jak para wodna. Glutek, który muskał moje nogi ponownie wtapiał się w ziemię, a James powoli opadał. Moje dłonie stały się zimne i przeszył mnie okropny dreszcz. Zauważyłam, że mimo iż nie było wietrznie włosy falowały jakbym stała na szczycie ogromnej góry. Niespodziewanie wszystko znikło. Wiązki, sztuczny wiatr, który wiatrem nie był i kisiel. Stałam jak wryta. 
-Co to ku..a miało być?!-rzekłam sama do siebie. 
Złapałam się za głowę i opadłam na kolana. Wpatrywałam się w dal nie wiedząc co począć. W uszach mi szumiało, a oczy przesłaniała mgła. Miałam wrażenie, że zaraz dostanę ataku serca, astmy i wszystkiego co popadnie. 
-Jezusie...-usłyszałam głos za sobą. 
Odwróciłam przerażony wzrok i ujrzałam Ean'a. Wstałam z ziemi i przytuliłam go tak mocno, że na sekundę nie mógł oddychać. Wtuliłam się w jego bluzę i zaczęłam płakać jak małe dziecko. 
-Już dobrze... Spokojnie Marissa...-mówił tym swoim ciepłym, kojącym głosem i jednocześnie gładził moje włosy. 
Po chwili usłyszałam kaszel. Oderwałam się od Ean'a i zatrzymałam czerwone od płaczu oczy na James'ie. On...PRZEŻYŁ! Podeszłam do niego i pomogłam mu usiąść. Nagle zakręciło mi się w głowie i runęłam w czarną przepaść mojego umysłu. 
*****
-Powiemy jej? 
-Hm... 
-Ean! Otrząśnij się! Ona musi wiedzieć! 
-Nie. Nie jest jeszcze gotowa. 
-Ona ma szesnaście lat! Kiedy będzie gotowa?
-Nie wiem, ale jeszcze nie teraz. 
-Ean, błagam cię. Ja prawie padłem! Ona mnie ocaliła. Myślisz, że nie odkryje prawdy? 
-Nie mnie oceniać. 
-Ku..a, Ean! Ja to powiem! Koniec i.... KROPKA. 
-Tylko spróbuj, a urwę ci jaja! 
*****
Powoli otwierałam oczy. Przesłaniała je mgła, ale byłam w stanie widzieć. Głowa pulsowała, gotowa do wybuchu. Leżałam na kocu. Kilka kroków dalej byłyskały iskierki ognia. Dało się słyszeć szepty chłopaków. 
-Budzi się...-rzekł niezwykle mrocznie Ean. 
W jego głosie było czuć gniew i poirytowanie. Kiedy już całkiem się ocknęłam usiadłam i przeciągnęłam się jak po dobrej drzemce. 
-Ile byłam nieprzytomna?-zapytałam sennie. 
-Słucham?-rzekł pytająco James. 
Mlasnęłam jak kot i powtórzyłam: 
-Ile byłam nieprzytomna? 
-Prawie dwa dni...-odpowiedział Ean, grzebiąc patykiem w ognisku. 
-Dwa dni!?-krzyknęłam. 
James przyłożył palec do ust. 
-Bądź cicho, bo przywołasz drapieżniki. 
Wysłuchałam jego rozkazu i spojrzałam na Ean'a. Chłopak ciągle podniecał płomień, a wyraz jego twarzy był iście straszny i... wściekły. Powoli podniosłam zadek z kocyka i strzepnęłam kurz ze spodni. Wzięłam głęboki oddech. 
-No dobra. Było miło, ale się skończyło.Gadać, o co w tym wszystkim chodzi?-rzekłam z niesamowitym spokojem w głosie. 
Ean w jednej chwili przestał bebrać się z ogniskiem i zastygł. James spoglądnął na mnie, ale wręcz natychmiast odwrócił wzrok. Nerwowo miętolił liść w ręce. 
-Nikt nic mi nie powie?-rzekłam, ale mimo to wiedziałam, że nie odpowiedzą mi. 
Wywróciłam oczyma i usiadłam na pieńku. Założyłam nogę na nogę i zrobiłam groźną minę. 
-Nie rozumiem o co ci chodzi-powiedział Ean nie patrząc na mnie. 
Dostałam mentalnego policzka. Wstałam gwałtownie i podeszłam do chłopaka. Stanęłam dosłownie kilka milimetrów od niego i spojrzałam wzrokiem tak wściekłym, że miałam ochotę wydrapać mu oczy (tak wiem, niekiedy mogę wydawać się trochę niestabilna emocjonalnie, ale spokojnie, robiłam badania i jest OK). Ean odsunął się i spuścił wzrok. Widząc jego załamanie chwyciłam go delikatnie za podbródek. Podniosłam go trochę aby móc spojrzeć mu w oczy. Kiedy to uczyniłam moje serce mocniej mi zabiło i zrozumiałam, że tak naprawdę oszukuję samą siebie. Już od dawna wiedziałam iż nie jesteśmy dla siebie jak przyjaciele. Oboje to wiedzieliśmy, ale żadne z nas nie chciało przyjąć tego do wiadomości. Od pierwszego momentu, od tej je...ej kradzieży byliśmy sobie przeznaczeni. To nie był przypadek... Westchnęłam. Moje mięśnie przestały się spinać, a rozum uspokoił w momencie. Spuściłam smętny wzrok i przestałam podtrzymywać podbródek. Ręce mi opadły, a twarz zrobiła się blada. Odeszłam kilka kroków. Skryłam się za jakimś drzewem i usiadłam jak typowy żul spod Biedry. Poczochrana, poszarpana, załamana. Wtem usłyszałam szybkie kroki. Obok siebie ujrzałam James'a. Chwycił mnie za rękę i podniósł z ziemi. Zaczął mnie za nią ciągnąć. Było dziwnie, ale nie opierałam się, ponieważ siły mnie opuściły. 
-Co ty robisz?!-rzekł niskim tonem Ean. 
Chłopak podszedł do naszej parki i szybkim ruchem oderwał od siebie. 
-Już ci mówiłem. Ona musi wiedzieć!-odpowiedział James tak lekko, jakby było to jego codziennością.  
-A ja mówiłem, że urwę ci jaja-powiedział drugi mrużąc wściekle oczy. 
-Rób co chcesz. Mi to nie zrobi różnicy i tak jestem martwy!
Po tych słowach włosy stanęły mi dęba, a pikawa przestała pracować. 
-Co ty pi.....isz?!-krzyknęłam bez namysłu. 
W tym momencie chłopak zrozumiał swoją głupotę i rozdziawił paszczę jak żółw. Chciał coś powiedzieć, ale język mu uciekł do gardła. Zatrzymałam wzrok na Ean'ie. On też miał gębę otwartą na oścież. Patrzyłam to na jednego, to na drugiego, ale żaden nic nie mówił. Nagle James otrząsnął się z transu i złapał się za głowę. Zaczął nerwowo dreptać podczas, gdy Ean wciąż stał jak zaczarowany. W chwili chłopak napiął się i ruszył z pięściami na dreptacza. 
-Ty pojebie!!!-krzyknął.-Miałeś zamknąć ryj na kłódkę! 
Szczerze mówiąć to pierwszy raz usłyszałam przekleństwo, które wypłynęło z jego ust. Ean uderzył James'a z pięści w szczękę, a ten upadł jak naleśnik na ziemię. Jednakże szybko wstał i odpłacił mu pięknym zanadobne. Zaczęła się walka tytanów. Brakowało jedynie ringu, prowadzącego i tłumu głupich kibiców skandujących imię swojego faworyta. Nie mogłam patrzeć na ich bijatykę, więc wkroczyłam i odciągnęłam ich od siebie. 
-Spokój!-wrzasnęłam. 
Chłopacy od razu się ogarnęli i stanęli wręcz na baczność. 
-Słuchajcie...-zaczęłam rozmowę.-Nie mam już ochoty na tajemnice. Sekrety. Zagadki. To nie dla mnie. Chcę po prostu wiedzieć o co z tym wszystkim chodzi.  
Zakończyłam, ponieważ łzy napływały mi do oczu. 
-To nie takie proste...-szepnął niespodziewanie Ean. 
Spojrzałam na niego, ale on tylko odwrócił się na pięcie i odszedł od całej sprawy. Zawiodłam się na nim. Zrobiłam usta w wąską kreskę i ścisnęłam szczęki, aby się nie popłakać. 
-Może ty mi coś powiesz?-zapytałam łzawo James'a. 
Chłopak westchnął. 
-Dobrze-wypalił nagle.-Powiem ci co zechcesz, ale musisz coś przysiądz. 
Zdziwiłam się. Przysięga? Już nic nie pojmowałam... 
-Zgoda-przytaknęłam. 
James przygryzł wargę i zaczął mówić: 
-Co najpierw chcesz wiedzieć? 
-Kim jesteś?-odpowiedziałam natychmiast. 
Nastała cisza. Tego pytania chłopak obawiał się najbardziej. 
-Ja...-urwał.-Ja tak naprawdę nie żyję... 
-Jak to? Nie rozumiem...-westchnęłam smutno. 
James zaczął wykonywać nerwowe ruch rekoma. 
-Czy to musi być takie trudne?!-zapytał siebie. 
Nagle do rozmowy dołączył Ean. Usiadł na pieńku, który wcześniej zajmowałam ja i oparł głowę na ręce. 
-Już od dawna leżymy w trumnie, urnie czy co tam...-powiedział niezwykle wzruszająco. 
-Czyli...-zaczęłam-jesteście aniołami?
James skrzyżował ręce na piersi i rzekł: 
-Duszami...Jesteśmy zmarłymi duszami... Czasem schodzimy z góry na ziemię żeby poczuć się jak dawniej albo spełnić misję, którą nam polecono. 
Odgarnęła włosy i spojrzałam w niebo. Było ciemne i mroczne.
-Czy tam jest Bóg?-zapytałam. 
-Nie. On jest wyżej-odpowiedział mi Ean.-My znajdujemy się między ziemią,a tym całym Królestwem Niebieskim... 
James subtelnie się uśmiechnął. Po jego twarzy wywnioskowałam, że przerabiali to więcej niż jeden raz.
Pewnie teraz zastanawiacie się czy im uwierzyłam. Odpowiedź brzmi: tak, uwierzyłam. Dlaczego? Ponieważ wiedziałam już wcześniej, że oni są wyjątkowi. Mimo że wyglądali jak ludzie było w nich coś obcego. Mianowicie : oczy. Były wnet białe. Nikt normalny nie ma takiego koloru paciorków. Poza tym były jeszcze tatuaże, które przedstawiały tego samego orła, który przyleciał kiedy James umierał. Przyjrzałam się dokładnie prawej ręce chłopaka i on również miał znak ptaka na ramieniu. 
Ean spojrzał na mnie oczekując na moją ucieczkę lub krzyk, ale ja byłam oazą spokoju. 
-Nie boisz się Marissa?-zapytał. 
-Nie-odrzekłam stanowczo.-Nie mam czego. 
Uśmiechnęłam się. 
-W takim razie co jeszcze chcesz wiedzieć?-wypalił nagle James.
Zamyśliłam się. 
-Skąd pochodzicie? Gdzie jest to miejsce gdzie trafia się po śmierci? 
Chłopak zrobił zabawną minę i zachichotał. 
-Jest tam-rzekł i wskazał chmury. Majestatyczne, puszyste obłoki, które były miejscem obiecanym...
_______________________________________________________________
Jak możecie zauważyć w prawym górnym rogu pojawił się SPAM gdzie możecie zostawić swoje reklamy i inne :) Przeczytałeś? Zostaw komentarz! Pozdrawiam Tesa :)

sobota, 28 listopada 2015

Rozdział VI ,,-Ty mówisz serio?!"

Minęło pięć dni. Pięć okropnych, ciężkich, złych, zimnych dni, które spędziłam u boku Ean'a. Chłopak dzielnie mnie wspierał. Zawsze miałam co jeść i nigdy nie czułam smutku, ponieważ kiedy on widział, że coś nie tak, siadał obok mnie i rozmawialiśmy przez wiele godzin. Miałam okazję go lepiej poznać i dowiedzieć się smaczków na jego temat np. że ma tatuaż. A Alex? Napisał mi jedynie SMS'a, w którym ze mną zerwał. Palant! Nie przeżyłam tego jakoś emocjonalnie, a moją jedyną reakcją było pokazanie fuck'a do telefonu. Cóż... Życie... Jedni odchodzą, a na ich miejsce pojawiają się inni. Kiedy nastał poranek, dnia szóstego (to brzmi jak rodem z Biblii) znowu odwiedził mnie... James... Zobaczyłam go podczas układania opału na ognisko. 
-Co tu robisz?-zapytałam kiedy tylko zobaczyłam jego oblicze. 
Chłopak stał jak wryty. Nie poruszył się nawet o milimetr i miałam wrażenie, że przestał nawet oddychać. 
-Głuchy jesteś?!-wściekłam się. 
W tej właśnie chwili James upadł na ziemię. Wytrzeszczyłam oczy i rozejrzałam się wokoło. Nie mogłam zlokalizować Ean'a, więc sama podbiegłam do trupa. Położyłam głowę chłopaka na swoich kolanach i zlustrowałam go wzrokiem. Wyglądał tak jak ja, po pobiciu przez Lewisa. Miał pokiereszowaną twarz i zdartą skórę na rękach i nogach. 
-Boże, kto cię tak urządził?-zapytałam z przerażeniem, nie licząc na odpowiedź. 
Powoli wstałam i zaczęłam biec w stronę małego źródełka, które wraz z Ean'em odkryliśmy dwa dni temu. Oderwałam kawałek rękawa i zmoczyłam go w wodzie. Wstałam, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Nie wiedziałam co zrobić. Obmyje tylko powierzchowne rany, ale co jeśli James ma obrażenia wewnętrzne? Czy mu nie zaszkodzę? A może mam mu zrobić reanimację? Westchnęłam. Spuściłam głowę i popatrzyłam na trawę. Była uschnięta i pożółkła, jak zwykle jesienią bywa. Odgarnęłam włosy i podniosłam głowę ku niebu. Liczyłam na jakieś natchnienie, ale takowego nie uzyskałam. Otrząsnęłam się i zaczęłam iść w stronę James'a. Kiedy znalazłam się przy nim zobaczyłam, że z jego ręki wystaje jakiś... drut... Otworzyłam buzię i zrobiłam minę przerażonego żółwia. Złapałam się za czoło i zaczęłam dreptać w miejscu. Teraz to miałam problem. Pręt? Serio?! O losie... 
-Marissa...-usłyszałam cichy szept. 
W chwili przestałam chodzić i klęknęłam przy chłopaku. 
-Tak?-zapytałam ochrypłym głosem. 
James próbował usiąść, ale jego zmagania zakończyły się niepowodzeniem, a także bólem. 
-Musisz uciekać...-rzekł niezwykle poważnie chłopak. 
-Co ty gadasz?-zdziwiłam się.-Potrzebujesz pomocy, a ja jestem w stanie ci jej udzielić. Nie bój się, nie zostawię cię.
Powiedziawszy to zaczęłam przemywać jego twarz namoczonym rękawem. Kiedy spostrzegłam, że ,,gaza" jest już prawie sucha chciałam ją ponownie namoczyć. Odwróciłam się i zaczęłam wstawać, ale James chwycił mnie za nadgarstek. Obróciłam głowę w jego stronę, a przed oczyma ujrzałam tak okropny widok, że łzy same zaczęły płynąć po policzkach. James był blady i wyzionęło z niego życie. Miał przekrwione oczy, a ich błękitny kolor poczerniał. Usiadłam obok niego i zaczęłam gładzić po włosach. Sama nie wiedziałam czemu to robię. Po prostu doznałam jakiegoś instynktu i nie mogłam tego nie uczynić. Miałam wrażenie, że tym prostym gestem mu pomogę. 
-Marissa...-powiedział strasznie suchym głosem. 
-Tak?-szepnęłam ocierając łzę. 
Mimo  że nie przepadałam za nim, mimo że przyczynił się do zrujnowania mi życia, mimo że był skończonym dupkiem miałam u niego dług. Wtedy, tydzień temu pomógł mi kiedy zostałam pokiereszowana. Musiałam mu się odwdzięczyć. Nagle po mojej prawej stronie znalazł się Ean. Spojrzałam na niego zapłakanymi oczyma, a on przykucnął i pogładził mnie po policzku. Mam wrażenie, że przez te sześć dni, które spędziliśmy, zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Chłopak nie był mi już obcy, ale czułam jak byśmy znali się od zawsze. Odsunęłam się od trupa i stanęłam na równe nogi. Ean zaczął lustrować go wzrokiem. 
-James?-nie dowierzał. 
Zdziwiłam się. 
-To wy się znacie?-rzekłam zimno. 
-Tak się jakoś złożyło-zażartował chłopak, ale mimo to był bardzo poważny. 
Jeszcze raz rzucił okiem na ofiarę, a jego wzrok zatrzymał się na ręce, w której tkwił pręt. 
-O cholera!-krzyknął.-Marissa, będziesz potrzebna. 
Otrząsnęłam się i spojrzałam na Ean'a spode łba. 
-Ty mówisz serio?-nie mogłam uwierzyć jego słowom. 
Chłopak ciężko wypuścił powietrze z płuc. 
-Tak, idź po wodę i przynieś z torby coś czym można zakleić te rany-zażądał. 
Nie czekając na nic pobiegłam na miejsce zakwaterowania i zaczęłam przeszukiwać tobół. Gdzieś w głębi odnalazłam chustkę, jakiś sznurek i trochę papieru toaletowego. Biegiem wróciłam tam gdzie leżał James i położyłam ekwipunek na trawie. 
-Teraz posłuchaj mnie uważnie!-powiedział stanowczo Ean.-Musisz wyciągnąć ten metalowy drut.
-Oszalałeś?!-wrzasnęłam. 
-Nie, jestem w pełni rozumu. Mar, proszę! Choć raz mnie posłuchaj.-rozkazał. 
-Przecież zawsze cię słucham!-obruszyłam się. 
Ean, zezłościł się. Widać, że nie była to odpowiednia pora na jakiekolwiek żarty. Widząc jego minę okazałam skruchę i rzekłam niepewnie: 
-Czy ty naprawdę uważasz, że ja to mogę zrobić?... 
-Tak, jestem pewny!-rzekł z werwą.-Spokojnie ja będę ci pomagał. 
Zamilkłam. Zaczęły trząść mi się ręce i nogi były jak z waty.
-Ale czemu ty tego nie zrobisz? Jesteś silniejszy i w ogóle jesteś bardziej odpowiedni...-próbowałam  go przekonać, ale on posłał mi jedynie wściekłe spojrzenie, przez które skończyłam dyskusję.
Przykucnęłam obok truposza i spojrzałam na Ean'a. 
-Co mam robić?-zapytałam przełykając gulę. 
-Złap za pręt-rozkazał. 
Chwyciłam za drut, a James wrzasnął. 
-Boże, przepraszam!-zaszlochałam. 
-Jest ok...-szepnął chłopak. 
Odetchnęłam. Przesunęłam ręce niżej, a tyle nisko aby łatwiej mi było go wyjąć, ale nie za blisko aby nie dotykać skóry. 
-Dobrze, Mars. Teraz zaprzyj się nogami.-rzekł  ze zmartwieniem Ean. 
Spojrzałam na niego, a gęba opadła mi wnet do ziemi. 
-Co mam zrobić?!-zapytałam sarkastycznie. 
Ean poprawił grzywkę i ponownie powiedział: 
-Zaprzyj się nogami. Rób jak mówię, proszę.
Serce biło mi jak oszalałe. Kończyny się spociły, a źrenice zwęziły. 
-Posłuchaj, musisz jednym zamaszystym ruchem wyciągnąć drut, wyrzucić za siebie i włożyć ręce w ranę, bo sam nie dam rady zatamować krwawienia. Dasz radę?-powiedział z trwogą mój przełożony. 
-A mam wyjście?-rzekłam łamliwym głosem.
Ean wziął w ręce chustę i papier. 
-Na trzy!-krzyknął.-Raz... 
Ręce trzęsły mi się jak galareta. 
-Dwa... 
Miałam wrażenie, że padnę na zawał i wtem: 
-Trzy!
Zamaszyście wyciągnęłam pręt, a James krzyknął przeraźliwie. Zachwiałam się i ścisnęłam mocniej drut, który sterczał w moich kikutach. Przypomniałam sobie, że Ean kazał sobie pomóc więc odłożyłam pręt delikatnie jakby był to co najmniej diament i zaczęłam wkładać ręce do dziury w ręce chłopaka. Krew lała się ze wszystkich stron. 
-Jezusie, on się wykrwawi!-krzyknęłam w strachu. 
Rozejrzałam się. Swój wzrok zatrzymałam na Ean'ie licząc, że coś na to zaradzi, ale on puścił ręce i wstał. 
-Co ty robisz?!-zdziwiłam się niemiłosiernie. 
W chwili James zrobił się blady. Z jego oczu zaczęła płynąć krew, a palce robiły się sine. Nie rozumiałam z tego nic. Przecież rana James' a nie była aż tak bardzo duża, żeby doprowadzić do śmierci w tak krótkim czasie. Powinno to zająć co najmniej kilka godzin, a nie kilka sekund. 
-Ean!-zawołałam. 
Chłopak wpatrywał się w truchło martwym wzrokiem. 
-To metal-wypalił. 
-Co?!-miałam wrażenie, że się przesłyszałam. 
-Metal. Srebro. Dla niego nie ma ratunku. Jeśli drut siedział więcej niż pięć minut, nie ma co go ratować-szepnął. 
Otarłam pot z czoła i mocniej wsadziłam palce. 
-O co ci chodzi? Jakie srebro!? On przeżyje! Niemożliwe żeby zabił go pręt! Nie rób sobie żartów-paplałam w panice. 
Nagle Ean chwycił mnie za ręce i zaczął oddalać od rany. 
-Zwariowałeś?!-krzyknęłam.-Puść mnie. 
Wyrwałam się i docisnęłam żyłę. Zmęczenie i skurcze rąk dawały się we znaki.Palce mi drętwiały, a koniuszki robiły się szare. Mimo to, trzymałam dalej. Ean widząc mój wysiłek przycupnął obok mnie i dotknął mojego policzka. Obrócił moją głowę w swoją stronę i spojrzał mi w oczy. 
-Marissa, wiem co mówię. On nie wytrzyma tego. To metal. Srebro. Ono go uśmierca. Daj  mu odejść...-szepnął chłopak. 
Zastygłam. Nie wiedziałam czy mam go posłuchać, czy może postawić na swoje? 
-O co ci chodzi z tym metalem?!-krzyknęłam przez płacz.
Ean'owi zabrakło tchu. 
-Zaufaj mi... Proszę...-mówił ciepło chłopak. 
Moje ręce nadal były w dziurze. Po moim policzku spłynęła strużka. Była to łza bezradności. Spojrzałam na James'a. Wyglądał jak trup. Zadecydowałam i po chwili zaczęłam wyciągać dłonie z rany. Kiedy moje purpurowe kończyny znalazły się na powierzchni, położyłam je na klatce James'a. Serce przestało bić. Chłopak był wnet biały, a krew skrzepła. Na swoim ramieniu poczułam dłoń. 
-Tak będzie lepiej...-rzekł smętnie Ean. 
-Tego nie wiesz...-odrzekłam cicho. 
Zapadła cisza. Wciąż siedziałam zapłakana przy chłopaku, licząc, że jego pikawa zacznie swoją robotę. Kiedy po wielu minutach tak się nie stało, postanowiłam opuścić ciało. Ostatni raz dotknęłam włosów chłopaka i wstałam. Patrzałam z góry na pokiereszowane truchło, a serce ściskało mi się jak gdyby ktoś związywał je sznurem. Wszystko stało się tak szybko. Śmierć... Czy to wszystko jest prawdą? Może śnię?! Niestety... To koniec...Nagle stało się coś co zaprzeczyło wszystkim moim wierzeniom i przekonaniom. Coś co zmieniło mnie na zawsze...
**** 
Przeczytałeś? Zostaw komentarz! To motywuje i daje pozytywnego kopniaka do działania :) 
Pozdrawiam <3 Tesa

sobota, 21 listopada 2015

Rozdział V ,,Na wygnaniu"

#PrayForParis 


Zaczęło padać. Na początku była to tylko mżawka, ale po pewnym czasie zrobiła się nieustająca ulewa. Krople stawały się duże i twarde. Z każdym uderzeniem o skórę, przyprawiały mnie o ból. Miałam wrażenie, że niebo się na mnie uwzięło i teraz zamiast deszczu, spuszcza na mnie falę kamieni. Na ziemi tworzyły się głębokie jak morze kałuże i z każdą chwilą ich średnica powiększała się o kilka centymetrów. W powietrzu unosił się przyjemny zapach liści i mokrej trawy. Rozejrzałam się wokół. Było ciemno, zimno, mokro i źle. Wszystko wydawało się większe, straszniejsze i mroczniejsze. Nawet zwykła ławka przypominała jakiegoś wstrętnego potwora. Nagle zatrzymałam się gwałtownie. Przed sobą ujrzałam tabliczkę, która uradowała mnie jak jeszcze nic w całym moim życiu : ,,Witamy w Lesie Lizzo". Co prawda napis był starty i okurzony, ale i tak z łatwością mogłam przeczytać jego treść. Tuż obok znaku stał kosz, dalej zaś budka z kiepskim kebabem. Dałam kilka kroków naprzód, ale prędko się zatrzymałam. Przez głowę przeszła mi myśl, której nie chciałam doświadczać- czy robię słusznie uciekając z domu? Spuściłam głowę i przeznaczyłam chwilę na rozmyślania. Przestudiowałam cały dzisiejszy dzień, bójkę, kradzież i nagle przed oczyma, w moim umyśle ujrzałam... mamę. Stała smutna i czekała na mój powrót. Poczułam, że do oczu napływają mi kujące łzy. Odpędziłam jej wizerunek i zapędziłam się dalej w las.
****
Serce lasu Lizzo. Piękne, pachnące i idealne na miejsce tymczasowego zakwaterowania.  Z hukiem położyłam moją torbę na ziemi. Na moje szczęście liście drzew chroniły przed wodą, więc mogłam tu trochę obeschnąć. Odgarnęłam włosy z czoła i zaczęłam grzebać w torbie. Kanapka-nie. Woda-nie. Chusteczki-nie. Telefon- wielkie tak! Chciałam zobaczyć która godzina i może zadzwonić do Alexa... Przyszedł by tu i pocieszył mnie jak umie tylko on... Uśmiechnęłam się. Odblokowałam telefon i zaczęłam przeszukiwać kontakty. Kiedy w końcu znalazłam numer Ala, postanowiłam bez zwłoki zadzwonić. Pip, pip, pip, pip i pip. Nie odbierał. Spróbowałam jeszcze raz, ale efekt był ten sam. Schowałam telefon do kieszeni. Usiadłam na torbie i wplotłam dłoń we włosy. Z oczu zaczęły płynąć perły smutku. Nie wiedziałam co zrobić. Może wrócić? Może dać sobie spokój? Może po prostu jestem głupią wariatką, która jest najbardziej pechowym człowiekiem na ziemi?! Westchnęłam. 
-Kiepski dzień, co?-usłyszałam zza pleców. 
Odwróciłam głowę. 
,,Tylko ciebie mi tu brakowało..."-żaliłam się sobie samej w myślach. 
James... Czemu on zawsze jest wtedy, kiedy jest mi naprawdę źle? Czy on ma jakiś radar w dupie i mnie z każdym krokiem śledzi?! 
-Trochę...-rzekłam gniewnie. 
Zapadła krępująca cisza. 
-M-mogę się dosiąść?-zająknął się James.  
-Jeśli musisz...-odrzekłam z irytacją. 
Przesunęłam się o kilka centymetrów. Chłopak delikatnie usiadł na torbie. Dzielił nas tylko centymetr. Znów milczenie. Nie wiedziałam o czym z nim gadać. 
-James?-zapytałam. 
-Tak?
-Kim ty jesteś?-rzekłam mrużąc oczy. 
-No jak to kim? Tym czym jesteś ty!-zaśmiał się. 
Zrobiłam usta w wąską kreskę i zaczęłam intensywnie myśleć. Zauważyłam, że jest to typ wykrętaka, który zawsze znajdzie jakąś wymówkę. 
-To jakim cudem, wtedy w moim domu, się u mnie znalazłeś?-powiedziałam, licząc, że się złamie. 
-Normalnie-oburzył się chłopak.-Po parapetach. Dużo ćwiczę, więc jestem silny i dałem radę. 
-Okej...-rzekłam stanowczo.- Załóżmy, że ci uwierzę, ale skąd wiedziałeś, że zemdlałam?
-Miałem przeczucie...-odpowiedział tajemniczo. 
Wkurzyłam się. Wstałam z torby i stanęłam oko w oko, z James'em. Złapałam go za kołnierzyk wystający z pod szarej bluzy i delikatnie pociągnęłam. Chłopak odchylił głowę i widocznie przestraszył się. 
-Słuchaj no kolego-mówiłam przez zaciśnięte zęby.-Mam już dosyć twoich gierek i masz mi wyśpiewać wszystko jak leci. Skąd mnie znasz, jakim cudem wiesz o całym moim życiu i czym jesteś!? Skaczesz sobie z okna i znikasz jak gdyby nigdy nic, a teraz się do mnie przystawiasz! Tłumacz się albo urwę ci co nieco! 
James'owi zabrakło tchu. Nie wiedział co powiedzieć. Miałam wrażenie, że zaraz się rozbeczy jak mała dzidzia. Ale nie! Otrząsnął się i z dumą powiedział. 
-Jesteś Marissa Hughes, prawda?
Kiwnęłam niepewnie głową. 
-Urodziłaś się dwunastego października roku 1999, czy mam rację? 
Ponownie potwierdziłam. 
-Twoja matka ma na imię Anais, ojciec nie żyje, prawda?
Przytaknęłam. 
-Masz młodszą siostrę Liliannę i ojczyma Lewisa. Twoja mama wyszła za niego za mąż trzy lata po śmierci twojego taty. Byłaś z nim ciężko związana i trudno przeżyłaś jego odejście, tak? 
-Tak, ale do czego to prowadzi?-zdenerwowałam się. 
Puściłam kołnierzyk James'a i oddaliłam się kilka kroków. 
-Chodzi mi o to... To skomplikowane-...urwał gwałtownie chłopak. 
Zaczęłam ciężko oddychać. Nagle usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Alex... 
-Porozmawiamy za chwilę-rzekłam z gniewem w oczach. 
Odeszłam kilka kroków. Stanęłam za wielkim drzewem i odebrałam telefon. 
-Tak?-szepnęłam. 
-Marissa, co chciałaś?-zapytał jakby od niechcenia. 
-Jak to co?!-zdziwiłam się.-Chciałam zwyczajnie pogadać. 
-Kotku, nie mam czasu na paplaninę. 
Wyprostowałam się. 
-Nie masz czasu, tak?
-Tak, Mars! Muszę kończyć. 
-Ale...-urwałam bo usłyszałam coś bardzo dziwnego. 
Jakby...damski głos! I to nie głos mamy Alexa tylko jakieś młodej dziewczyny... 
-,,Al, chodź już! Proszę, ile mogę czekać!? (śmiech) Czemu jej nie powiesz? Przecież...-nie usłyszałam, bo chłopak się rozłączył. 
Stanęłam jak wryta. Nie wiedziałam co począć. Z oczu zaczęły wypływać mi ciemne łzy, a ja powoli upadłam na kolana. Oparłam się o dąb i schowałam głowę w rękach. Usłyszałam kroki. 
-James...-mówiłam chlipiąc.-I co? Znowu mi powiesz, że to przypadek? Że jesteś zawsze kiedy mi smutno? Nie mam ochoty teraz gadać. A nie, zapomniałam! Ty jesteś rycerzem na białym koniu, który niesie mi ofiarną pomoc i pocieszenie!
Zaśmiałam się panicznie. Pokręciłam głową i ponownie schowałam się w moich odnóżach. Kroki wciąż się zbliżały. Westchnęłam. Odwróciłam głowę. 
-To w końcu zdradzisz mi swoje imię?-zapytał ten sam chłopak, który wyrwał mnie z obleśnych rąk gangu. 
Patrzyłam  na niego moimi seledynowymi oczyma i nie dowierzałam. Tak po prostu sobie przychodzi i pyta o imię. Kto tak robi?! Jakiś frajer! 
-Skąd się u wziąłeś?
-Przechodziłem obok. To zdradzisz mi swoje imię?-zapytał. 
-Nie odpuścisz, co?-uśmiechnęłam się krzywo. 
-Nie-rzekł stanowczo wybawca i oparł się o drzewo. 
-Skoro już musisz wiedzieć to mam na imię Marissa. 
Chłopak uśmiechnął się. Ten drobny gest był jakiś hipnotyzujący. Kiedy słyszałam głos wybawcy moje serce stawało w gardle, a oczy łaknęły jego widoku. 
-A ty? Jak się zwiesz?-zapytałam z ciekawością. 
-Ean-rzekł, a moja pikawa znów znalazła się w gardzieli. 
Mruknęłam. 
-Słuchaj Marissa, co ty tu właściwie robisz?-chłopak stał się poważny. 
-Długa historia...-chciałam go zniechęcić. 
-Mam czas-rzekł i usiadł obok mnie. 
Byliśmy tak blisko. Tym razem moje serce chciało wyskoczyć z piersi. Zaczęłam się rumienić. 
-Zacznij swoją opowieść-zachęcił mnie Ean. 
-Och... Od czego by tu zacząć!-kręciłam głową.-O mam! Dziś są moje szesnaste urodziny. Było przyjęcie i wszystko super, ale pod koniec mój ukochany ojczym wspomniał o bardzo bliskiej mi osobie, która już nie żyje... Popsuł wszystko, a ja uciekłam z domu. Spotkałam jakiegoś porąbanego gościa, który ma radar w zadku, ale mimo to wróciłam do zawszonego domu. Tam czekał na mnie ojczym i na powitanie zbił mnie na kwaśne jabłko. Poszłam powiedzieć o tym mojej mamie, ale ona dała mi jedynie karę i uciekłam. Przed chwilą chcieli mnie okraść, ale ty mnie ocaliłeś, a i jeszcze znowu, przed chwilą, spotkałam tego chłopaka z radarem, i prawie go pobiłam, ale to nie wszystko! Dzwonił mój chłopak. Znalazł sobie jakąś lafiryndę.-skończyłam z załamaniem. 
Schowałam głowę w rękach. 
-Nie martw się. Pomogę ci -rzekł Ean z pokrzepieniem. 
Spojrzałam na niego, a nasze oczy się spotkały. 
,,Jezu, jaki on jest przystojny!"-pomyślałam. 
Chłopak złapał mnie za rękę i posłał ten zniewalający uśmiech, przez który moje serce skacze jak porąbane...
******
Dzięki za przeczytanie! Mam nadzieję, że zostawisz komentarz i zmotywujesz mnie do dalszej pracy :) Pozdrawiam ciepło! Tesa