Nastała sobota. Czas, który teoretycznie ma być przyjemny i wolny od jakichkolwiek obowiązków, ale nie dla mnie. Siedziałam na pieńku i rozmyślałam nad sensem mojego życia. Niestety nie odnalazłam go, a jedyne co udało mi się odszukać to poczucie winy. Moje głębokie myśli przerwał dobrze znany mi dźwięk telefonu. Wyciągnęłam urządzenie z kieszeni i spojrzałam na błyszczący ekran. Alex?! Co on znowu ode mnie chciał? Postanowiłam go zignorować i przerwałam połączenie, ale po chwili znowu do mnie zadzwonił. Dziwne... Mimo to, znów odrzuciłam rozmowę. Po chwili dotarł do mnie SMS. Od Alex'a... Odblokowałam komórkę i odczytałam treść wiadomości: ,,Spotkajmy się w parku. Pilne! Proszę... :@" Zdziwiłam się. O co chodzi?-pomyślałam.-I po co jest ta psychopatyczna buźka?! Podeszłam do Ean'a, który chwilowo sprzątał zużyty opał. Stanęłam okrakiem i patrzyłam na niego licząc, że to on napocznie konwersację. Chłopak ujrzawszy mnie głęboko westchnął i szczerze się uśmiechnął.
-Słucham-rzekł.
Przygryzłam wargę i spojrzałam w lewo. Zobaczyłam James'a zajętego zbieraniem jakiś chwastów.
-Muszę...-urwałam szukając odpowiednich słów.-Muszę zobaczyć się z Al'em.
Ean zmarszczył czoło i spojrzał zszokowanym wzrokiem na mnie.
-Z Alex'em? Z tym Alex'em?-dopytywał.
-Tak, dokładnie z tym-odpowiedziałam luźno.
-W takim razie idź. Nic cię tu nie trzyma.-rzekł o dziwo spokojnie.
-Naprawdę?!-wytrzeszczyłam seledynowe gały oczne.
Ean kiwnął głową. Zamyśliłam się. ,,Przecież on chce chronić mnie przed wszystkim! Kilka dni temu poćwiartował biedronkę, ponieważ dziwnie na mnie patrzyła''-tłumaczyłam sobie. Nagle pstryknęłam palcami, ponieważ zrozumiałam dlaczego wypuszcza mnie do mojego ex.
-Będziecie mnie śledzić?!-zapytałam z łobuzerskim uśmieszkiem.
-Nie-odpowiedziałam chłopak i wyrzucił resztki spalonego drewna do worka.
Zrobiłam dzióbek i poruszyłam ramionami.
-Okej, w takim razie idę!-wyszczerzyłam pożółkłe zęby i udałam się w drogę.
W tym momencie do sprzątacza przybiegł James.
-Idziemy za nią?-zapytał.
-Jasne...-uśmiechnął się Ean.
*****
Biegłam przez las nie świadoma, że chłopacy idą za mną krok w krok. Ścieżka usypana była ostrymi kamieniami, a ziemia wokół miała kolor jasnobrązowy. Po kilku sekundach biegu zaczęłam powolnie dreptać w stronę umówionego miejsca. Kiedy w końcu znalazłam się przed bramką do parku poczułam dziwne ukłucie w sercu. Może to resztki miłości, którą kiedyś czułam do Alex'a. A może lęk przed wiadomością jaką miał zdradzić mi chłopak? Cokolwiek to było, było bardzo nieprzyjemne. Bolało i odbierało możliwość oddychania. Postanowiłam wziąć się w garść i zapomnieć o kłuciu, które wciąż czułam. Złapałam metalową furtkę i zamaszystym ruchem pociągnęłam w swoją stronę. Bramka jak wrota otworzyła się przed moim obliczem i mogłam wejść na teren parku. Rozejrzałam się wokół. Piękna zieleń krajobrazu mieszała się z jesienną żółcią i brązem, a ławki dawno obrósł soczysty mech. Wciągnęłam świeże powietrze do płuc, aż poczułam, że w narządach rośnie mi łąka. Na jednej ze szmaragdowych siedzisk siedział ciepło ubrany Alex. Nerwowo poruszał nogami i co chwila rozglądał się za mną. Pomachałam mu, a on kiwnął porozumiewawczo głową. Dosiadłam się i zaczęła się nasza rozmowa.
-Hej...-szepnął nieśmiało Al.
-Cześć...-odpowiedziałam równie cicho.-Więc o co chodzi?
Chłopak westchnął i schował twarz w dłoniach. Płakał. Pogładziłam go po plecach dla otuchy, ale to niestety nie pomagało. Zrobiło mi się go żal. Zawiał delikatny wiaterek. Alex ukazał swoją twarz i rzekł:
-Tu nie chodzi o mnie...-rzekł chłopak.
-Więc o co?-powiedziałam czule ciągle gładząc go po plecach.
Al głęboko westchnął i zaczął szlochać jeszcze bardziej.
-O twoją mamę...-odrzekł od niechcenia.
Przeszedł mnie dreszcz.
-W takim razie słucham-powiedziałam i oparłam podbródek na dłoni.
-Ona...-jąkał się.-Ona...
-No mów!-niecierpliwiłam się.
-Ona jest poważnie chora...-wymamrotał.
Poczułam jak krew od koniuszków palców u stóp do głowy odpływa i kumuluje się ciężko na policzkach. Poza tym jedynym kolorowym akcentem byłam całkowicie blada, a mój oddech... W zasadzie to brak oddechu.
-Co jej jest?!-krzyknęłam z przerażeniem.
Alex spojrzał na mnie zapłakanymi oczyma i westchnął:
-Boże...
Wiedziałam, że to oznacza POWAŻNE kłopoty.
-Mów, zniosę wszystko!-zażądałam.
Chłopak przetarł oczy.
-W zasadzie to nawet nie wiem czy ona jeszcze żyje...-w tej właśnie chwili cały świat zwalił mi się na głowę.
-Co?!-szepnęłam skrzeczącym tonem.
-Postanowiłem odwiedzić twoją mamę aby dowiedzieć się co z tobą. Czy już wróciłaś, jak się masz i takie tam...-mówił załamany Alex.-Normalnie wszedłem do domu, ale nikogo tam nie było. Rozejrzałem się po budynku, ale zastałem jedynie płaczącą Lilkę. Ululałem ją i poszedłem dalej szukać pani Anais. W salonie-pustka, w sypialni-pustka, w kuchni-pustka, ale w łazience...
Chłopak załamał ręce.. Pokręcił głową. Ponownie zaczął płakać. Chwyciłam go za ramiona i mocno nim potrząsnęłam.
-Skup się i mów co było dalej!-rozkazałam hardo.
Alex zaczął ponownie prawić:
-Drzwi łazienki coś blokowało. Mocniej nimi pchnąłem i ujrzałem twoją mamę. Leżała w kałuży krwi, blada i połamana. Miała otwarte złamanie ręki i wykręcone nogi...
-Jezusie...-zatkałam otwarte usta trzęsocą się dłonią.
-Mam kończyć?-zapytał nerwowo Al.
-Tak, tak...-kiwnęłam głową.
-Koło niej leżał nóż i żyletki... Sprawdziłem puls. Praktycznie niewyczuwalny. Zadzwoniłem na pogotowie i zacząłem reanimację. Z każdym uciskiem, z jej ust leciała krew, więc postanowiłem przestać. Kilka minut później przyjechała karetka i zawiozła ją do szpitala.
Przez całą opowieść obgryzłam wszystkie paznokcie i wyrwałam wszystkie włosy.
-Do jakiego szpitala?-rzekłam i chwyciłam się za kark.
-Do miejskiego-odpowiedział Alex i wstał gwałtownie.-Muszę już iść. Śpieszę się...
W jego oczach widziałam strach i chęć ucieczki.
-Jasne...-powiedziałam i zmusiłam się na subtelny uśmiech.
Chłopak wolnym krokiem opuścił park, ale ja zostałam. Nie wiedziałam co mam zrobić. Iść do mamy czy też załamać się i najlepiej skoczyć z mostu? Byłam w kropce. Moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Zastygło. Całkowicie zapomniałam o chłopakach i jakieś pokichanej drużynie, która ma pokonać jakieś bezsensowne stwory. Teraz liczyła się tylko ona : moja mama. Po krótkiej chwili rozmyślania postanowiłam udać się do szpitala.
*****
-Jeden normalny proszę.
Kierowca podał mi zielony świstek i zażądał 2,80. Zdzierstwo!
-Dzięki-rzekłam i usiadłam na miejscu przy oknie.
Autobus ruszył. Spoglądałam przez szybę. Widok rozmazywał się i jedyne co dało się ujrzeć to plamy zieleni i szarości. Przystanek. Wsiadły ze dwie osoby. Ponowny odjazd. Kilka minut później: stop. Przystanek. Wysiadł jeden mężczyzna. Mój smutek powiększał się z każdą chwilą. Nagle tuż obok mnie usiadła jakaś dziewczyna. Długie, kasztanowe włosy, ciemne oczy, na oko siedemnastka. Ubrana była w płaszcz i wytarte jeansy. Pojazd znowu się zatrząsł i zaczął jechać. Zgrabna osóbka obok mnie patrzyła przed siebie jakby szukając czegoś bardzo ważnego.
-Wszystko dobrze?-zapytałam.
Dziewczyna spoglądnęła na mnie i uśmiechnęła się.
-Jasne...-odpowiedziała.
Wyciągnęła dłoń i powiedziała:
-Becky.
-Miło mi, Marissa. Dla przyjaciół Mars.
Becky parsknęła.
-Tak jak ta planeta?-dopytywała.
-No...-kiwnęłam głową.
Ponownie spojrzałam w okno.
-Gdzie jedziesz?-rzekła pytająco.
Westchnęłam.
-Do mamy, do szpitala.
-Przykro mi...-powiedziała i utkwiła wzrok w moje ubrania.-Przepraszam, że pytam, ale jesteś bezdomna?
Zaśmiałam się tak głośno, że staruszka siedząca za mną zwróciła mi uwagę.
-Nie...-otarłam łzy śmiechu.-Albo...
Mina mi zżędła. W zasadzie to byłam typowym żulem. Bez domu, perspektyw, a jedynymi przyjaciółmi są jakieś dusze. Obraz nędzy i rozpaczy.
-A ty, dokąd jedziesz?-zmieniłam temat.
-Na cmentarz. Do brata.
Zrobiło mi się głupio. Przecież za kilka dni to ja mogłabym być tam stałym bywalcem. Boże...
-Przepraszam...-skruszyłam się.-Jak się nazywał?
-James Blackbell.-odrzekła Becky.
Myślałam, że się przesłyszałam.
-Możesz powtórzyć?
Wątła osóbka spoglądnęła na mnie ze zdziwieniem.
-James Blackbell-wydusiła w końcu.-Znałaś go?
Złapałam się za głowę.
-Znam...-szepnęłam tak cicho, że tylko ja usłyszałam mój pomruk.
Autobus się zatrzymał.
-To mój przystanek. Muszę iść-mówiła z uśmiechem.
-Zaczekaj!-rzekłam i chwyciłam ją za chudą rękę.- Czy możemy się jutro spotkać?
Becky zdziwiła się.
-Jasne... W parku o piętnastej. Jutro.
-Okej-westchnęłam i poczułam ulgę.
Pojazd znów ruszył.
*****
Stałam przed szpitalem. Przyprawiał mnie o ciarki. Patrzył na mnie i powoli mordował moją odwagę. Oszklone ściany odbijały blask słońca, przez co musiałam mrużyć oczy. Podeszłam do drzwi i wolno je otworzyłam. Od razu poczułam woń leków i tanich prześcieradeł. Wszędzie krzątały się salowe i pielęgniarki, a lekarze zapewne operowali.
-Szukasz kogoś?-zapytała nagle sympatyczna kobieta.
Odczytałam z jej identyfikatora dane. Magdalene Sand. Kojarzyłam to nazwisko.
-Tak, szukam mamy. Anais Hughes, wie pani może gdzie ona jest?-dopytywałam.
-Hm...-pielęgniarka zamyśliła się.-To chyba sala 312.
Odetchnęłam.
-Dziękuję-uśmiechnęłam się i pognałam do pokoju wskazanego przez Magdalene.
-Zaczekaj!-krzyknęła kobieta.-Ty jesteś Marissa?
Stanęłam jak wryta.
-Tak...-przeciągnęłam.
-Pamiętasz mnie? Trzy lata temu. Opiekowałam się tobą kiedy wasz szkolny autobus miał wypadek-wyszczerzyła się pani Sand.
-No tak!-kiwnęłam głową i popędziłam dalej.
*****
-Mamo...-powiedziałam kiedy zobaczyłam ją leżącą na łóżku.
Miała poprzyczepiane tysiące rurek i wenflonów. Maszyna stojąca obok jej łoża pikała w jednym rytmie. Rodzicielka owinięta była bandażami i przykryta została zieloną płachtą. Klęknęłam przy niej. W momencie zaczęłam płakać. Złapałam ją za rękę. Była zimna i poraniona.
-Przepraszam...-szepnęłam.
Nagle maszyna życia zaczęła wyć.
-Mamo?!-krzyknęłam i wcisnęłam guzik.
Po kilku sekundach do pokoju wbiegły trzy pielęgniarki i lekarz. Jedna z kobiet odciągnęła mnie od łóżka. Mimo szarpania, nie udało mi się jej wyrwać. Mężczyzna spoglądnął na wrzeszczącą machinę.
-Zatrzymała się. Reanimacja!-rzekł spokojnie i przystąpił do odratowywania mojej mamy.
Stałam tam patrząc jak moja jedyna bliska osoba umiera. Lekarz udzielał jej pomocy jeszcze przez kwadrans, ale i tak stwierdził:
-Zgon o trzynastej dwadzieścia...
Moje życie zatrzymało się właśnie wtedy.