piątek, 30 października 2015

Rozdział II ,,W wariatkowie"

Ociężałym ruchem chwyciłam za klamkę u drzwi wejściowych mojego domu. Nagle Alex chwycił mnie za bark. 
-Poradzisz sobie?-zapytał z uczuciem. 
-Jasne...-westchnęłam i pokonałam próg domu. 
Panowała cisza i nikogo nie było. Wszystkich wywiało. Nagle zza ściany kuchni wyłonił się Lewis. Spuściłam głowę w dół, licząc na mniejszą karę. 
-Myślisz, że kara cię ominie?-zapytał ojczym, jakby czytał mi w myślach. 
Zamilkłam. Nie miałam ochoty się z nim wykłócać. Nagle szepnęłam: 
-Mogę iść na górę? 
Lewis zaśmiał się parszywie. Miałam wrażenie, że zaraz się zachłyśnie. 
-Żartujesz?!-rechotał.-Najpierw porozmawiamy! 
Złapał mnie za ramię i zaczął ciągnąć za sobą. 
-Auć! Puść mnie idioto!-krzyczałam, myśląc, że mama to usłyszy. 
Mężczyzna posadził mnie na krześle i zlustrował wzrokiem. 
-Dziewucho! Jak ty wyglądasz?! Gdzie się szwędałaś?!-wrzeszczał. 
Odwróciłam wzrok. Kątem oka widziałam, że był bliski furii. 
-A co cię to obchodzi?!-zapytałam z irytacją. 
W Lewis'ie aż się gotowało. Jego twarz wyglądała jak wielki burak, a z ust wnet lała się piana. 
-Nie pyskuj, smarkulo! Chodzi mi o to, że twoja matka prawie zawału dostała i to przez ciebie!-darł się w niebo głosy mężczyzna. 
-Od kiedy obchodzi cię moja mama?-wrzasnęłam. 
-Od zawsze!-odrzekł gniewnie ojczym. 
Zrobiłam kwaśną minę. Szukałam w głowie jakiegoś dobrego ,,odpyskacza". Nagle przypomniałam sobie pewną sytuację...
-Ach, tak? To czemu, kilka razy widziałam jak się na niej wyżywasz? Lałeś ją czym popadnie! A teraz udajesz troskliwego męża? Nie kochasz jej!-krzyczałam bez opamiętania. 
W tym momencie Lewis dostał szału i z premedytacją zaczął mnie bić. Oberwałam w brzuch, nos, oko, brew, wargę i otrzymałam kuksańca w ramię.
-Ty gnoju!-wrzasnęłam. 
Dotknęłam obolałego nosa. Na ręku ujrzałam krew. Odepchnęłam ojczyma i uciekłam do swojego pokoju. Gdzieniegdzie zostawiałam krwawe plamy, ponieważ skóra na ręce, nie wytrzymała silnego uderzenia i pękła. Trzasnęłam za sobą drzwiami i zamknęłam je na klucz. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Na łóżku ujrzałam chusteczki i niedopitą wodę. W szafie znalazłam resztki bandaża i plaster. Opatrzyłam rany i usiadłam na łóżku. Chwyciłam za lusterko i przejrzałam się. Przedstawiałam istny obraz nędzy i rozpaczy. Rozcięta warga, opuchnięty nos, podbite oko i ręka w bandażu. Czego chcieć więcej? Nagle spostrzegłam się, że na szyji nie ma wisorka. Dostałam szewskiej pasji. Zaczęłam chodzić po pokoju i rozmyślać. W chwili coś zrozumiałam: JAMES! To on ukradł naszyjnik. Niespodziewanie zrobiło mi się słabo. Opadłam na łóżko i zaczęłam płakać. Brzuch okropnie zabolał i miałam wrażenie, że zaraz eksploduje. Zaczęłam kaszleć. W moich wyplówkach była krew. Przestraszyłam się.  
-Mamo...-szepnęłam, ponieważ siły mnie opuściły. 
W tym momencie zapadła ciemność. 
*****
-Marissa?-słyszałam przez mgłę. 
Poczułam dotyk czyjeś dłoni na policzku. Powoli otworzyłam oczy. Widziałam tylko zamazane kontury jakieś postaci. 
-Marissa!
Postać zaczęła mną potrząsać. Trochę się otrzeźwiłam, ale nadal nie umiałam rozpoznać osoby, która stała nade mną. Chrząknęłam. 
-Uf... ty żyjesz... Bałem się, że to już koniec... 
BaŁEM? Co to wszystko miało znaczyć? Kto był w moim pokoju?! Szybko podniosłam się z pozycji leżącej i gwałtownie usiadłam. Nagle oświeciło mnie: Alex! 
-Al!-uradowałam się. Rzuciłam się mu na szyję.-Tak się cieszę, że przyszedłeś! 
Właśnie w takich momentach był mi najbardziej potrzebny. Jeszcze bardziej wtuliłam się w szyję chłopaka kiedy... coś mnie zaskoczyło. 
-Zmieniłeś perfumy?-zapytałam. 
Jeszcze raz wciągnęłam zapach, aby móc go lepiej poczuć. 
-Nie-rzekł Alex. 
-Jak to nie?-zachichotałam.-Przecież zawsze pachniesz inaczej. 
-Nie, pachnę tak samo jak zwykle-rzekł obojętnie chłopak. 
Zdziwiłam się. Miałam doskonałą pamięć węchową, która nigdy mnie nie zawodziła. 
-Nie żartuj!-zażądałam, wciąż trzymając go w objęciach. 
-Nie żartuję. Widzisz... ja... nie jestem Alex.-rzekł chłopak. 
Nagle ostrość wzroku wróciła. Delikatnie odepchnęłam postać i ujrzałam: James'a! Zarumieniłam się. 
-O matko... James... cz-cześć... c-co tam w wielkim ś-świecie?-dukałam powoli. 
Chłopak zaśmiał się. Obejrzał mnie od stóp do głów i zmartwił się. 
-Marissa, kto cię tak urządził?-zapytał troskliwie. 
-Ech... szkoda gadać...
James zapalił lampkę na biurku i zaczął mnie dokładniej oglądać. Delikatnie dotknął rozciętej brwi. 
-Auć...-powiedziałam mimowolnie. 
-Wybacz-rzekł poważnie chłopak. 
Miał precyzję zegarmistrza i był niezwykle skupiony. W końcu mogłam mu się lepiej przyjrzeć. James miał kasztanowe włosy, malinowe usta, subtelnie kwadratową szczękę i nieziemskie, błękitne oczy. Przyznam, że był naaaaaprawdę przystojny. 
-Auć!-krzyknęłam kiedy chłopak opatrywał rękę. 
-Och, przepraszam.-powiedział. 
Zapadła chwila ciszy, którą przerwał James.
-To... kto cię tak urządził?-zadrwił. 
-Nie znasz go... 
-Alex?!-zdziwił się. 
-Nie, nie!-wycofałam się szybko. 
-Lewis?
Teraz zdziwiłam się ja. Skąd on znał Lewisa? Hmm? 
-Tak...-rzekłam. Nie miałam ochoty wyciągać od niego zbędnych informacji. 
Znów cisza. 
-James?-rzekłam. 
-Tak?-powiedział nie patrząc na mnie, ponieważ właśnie opatrywał oko. 
-Jak się tu dostałeś?-zapytałam zaciekawiona. 
-Przez okno-rzekł obojętnie. 
-Co?! Jak to przez okno?! 
-No... Po... prostu! 
-No ale jak?! Tak po prostu wskoczyłeś na parapet i zagościłeś w mojej samotni?! 
James mruknął. Wiedziałam, że coś było nie tak. Kto normalny skacze z parteru na drugie piętro?! Chyba jakiś czubek! James na takiego nie wyglądał, chociaż jakby mu się lepiej przyjrzeć... ale nie. To nie wariat. Coś jednak musiało być na rzeczy. 
-Słuchaj... a...-urwałam, bo usłyszałam pukanie do drzwi. 
-O Holender! Ja... ja muszę już iść! Pa pa!-powiedział w pośpiechu chłopak. 
-Ale, James!-krzyknęłam, ale on tylko otworzył okno i... wyskoczył! 
Nagle do pokoju wparowała mama...

środa, 21 października 2015

Rozdział I ,,Przyjęcie"

Było ciemno. Księżyc oślepiał swoim blaskiem, a gwiazdy przypominały małe świetliki. Siedziałam na ganku kiedy usłyszałam głos mamy: 
-Marissa! Rusz się i chodź mi pomóc!-wrzeszczała. 
Z niechęcią weszłam do domu, gdzie panował chaos. Na stole przygotowana była kolacja, ale blaty kuchenne pokrył brud różnych  substancji. Wszystkie meble były zakurzone, a na podłodze leżały sterty ubrań. 
,,Lilka znowu buszowała w szafach"-pomyślałam. 
( Dla jasności, Lili to moja młodsza, przyrodnia siostra ). 
-Marissa!-krzyczała mama, schodząc po schodach, a w rękach trzymając miskę z praniem. Nagle kobieta potknęła się i wszystkie ubrania wypadły z łubianki.- Cholera!-rzekła zirytowana- Może byś mi pomogła?! 
Zaczęłam mozolnie zbierać szmaty ze schodów. 
-Pośpiesz się!-rozkazała wściekła mama.- Goście będą już za kilka minut! Zbieraj to szybko, a ja posprzątam w kuchni. 
Westchnęłam. Po chwili wszystkie ubrania znów znalazły się w misie. 
-Gotowe!-powiedziałam licząc na pochwałę.
-To teraz zetrzyj kurze, a ja pójdę ubrać się w coś normalnego! Tylko szybko!-mówiła zasapana mama. 
Zdenerwowałam się. Od kilku dni ta baba traktowała mnie jak służącą, a nie jak swoją córkę. Doprowadzało mnie to do szewskiej pasji. Nie dość, że były moje urodziny, to jeszcze musiałam sprzątać jak jakieś popychadło, bo ona się musi odpindżyć! Ale wolałam to niż setną kłótnię z nią i Lewisem. Nagle zadzwonił dzwonek. 
-Shit!-krzyknęłam. 
Migiem starłam ostatki kurzu i prędko pobiegłam do swojego pokoju. 
-Ja otworzę!-usłyszałam głos Lewisa. 
Zamknęłam drzwi na kluczyk i zaczęłam przeszukiwać szafę. Z jej czeluści wygrzebałam piękną, czerwoną sukienkę. Uśmiechnęłam się i nałożyłam ubranie. Przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam pięknie. Z szuflady wyjęłam czerwone szpilki, a z komudki długie kolczyki i bransoletkę. Ponownie ujrzałam swe odbicie. Tym razem, było jeszcze wspanialsze ( ta skromność... ). Związałam włosy w wysoki kok i przypięłam spinką. Nagle o czymś sobie przypomniałam. Niegdyś mój tata, podarował mi naszyjnik i zażądał abym założyła go właśnie na moje szesnaste urodziny. Prędko odkopałam go spod sterty ubrań i zapięłam go na szyi. Był to piękny aniołek trzymający łuk. Kilka sekund później zadzwonił telefon. ALEX. Przeciągnęłam palcem po ekranie i przyłożyłam telefon do ucha. 
-Alex, nie mogę gadać. Mam imprezkę w domu. Zadzwoń później!-mówiłam szybko. 
-Ale Marissa... chciałem ci tylko złożyć życzenia. Wyjrzyj przez okno.-usłyszałam w słuchawce. 
Zdziwiłam się. Zrobiłam tak jak rozkazał Al. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Na podwórku stał chłopak z bukietem róż w rękach. Otworzyłam okno. 
-Hej! Wpuścisz mnie?!-krzyczał Alex. 
-No nie wiem...-specjalnie przeciągałam. 
Chłopak uśmiechnął się i zaczął iść w stronę drzwi. Po chwili usłyszałam dzwonek. Zbiegłam po schodach i otworzyłam drzwi. W progu stał Alex. Rzuciłam mu się na szyję i pocałowałam. 
-Ekhm...-chrząknęła mama. 
Odwróciłam w jej stronę głowę i zaśmiałam się. 
-Usiądźcie-zaproponowała kobieta. 
Przy stole zasiedli już mama, Lewis, Lili, ciocia Ruby, wujek John i jacyś znajomi. Alex pokiwał głową i razem usiedliśmy przy kolacji. Razem rozmawialiśmy, żartowaliśmy i wspominaliśmy mienione lata przez kilka godzin, kiedy Lewis, jak zwykle wszystko popsuł. 
-Marissa, wszystko byłoby idealnie gdyby nie jedna rzecz której brakuje...-rzekł złośliwie. 
-Czego niby?-zapytałam rozbawiona. 
-...Leany-powiedział. 
W tym momencie coś ze mnie pękło. W gardle stanęła mi wielka gula, a serce przestało bić. Gwałtownie wstałam i uderzyłam pięścią w stół. 
-Jak możesz?!-wrzeszczałam.-Dlaczego mi to robisz?! Jak zwykle rujnujesz mi życie! Nienawidzę was! Wszystkich! 
Rzuciłam krzesłem i wybiegłam z domu. Łzy lały mi się strugami, a nogi przeraźliwie się trzęsły. Biegłam przez kręte uliczki i nagle upadłam, ale nie miałam siły się podnieść. Siedziałam na zimnym asfalcie i płakałam. Nagle poczułam czyjś dotyk na ramieniu. 
-Daj spokój Alex...-szepnęłam. 
-Halo?-usłyszałam obcy głos. 
Odwróciłam wzrok i ujrzałam chłopaka. Miał na oko siedemnastkę i ubrany był w jakieś czarne rzeczy. Nie widziałam jego twarzy, ponieważ było potwornie ciemno. 
-Dlaczego płaczesz?-zapytał ciepłym głosem. 
Pociągnęłam nosem, ale nie odpowiedziałam mu. Chłopak wyciągnął rękę w moją stronę i pomógł mi wstać. 
-Dzięki...-rzekłam łzawym głosikiem. 
-Jak masz na imię?-zapytał chłopak. 
-M-marissa...-szepnęłam. 
-Piękne imię-uśmiechnął się.-Ja jestem James. James Blackbell dokładnie...
Zaśmiałam się. Nagle usłyszałam czyjeś kroki. To Alex. 
-Marissa?
-Al, to nie tak jak myślisz. Ja...-urwałam. 
-Jak ty wyglądasz?-załamał ręce. 
Zdziwiłam się. Nie zwracał uwagi na James'a? To nie w jego stylu... 
-A nie martwi cię to, że stoi obok mnie chłopak?-zapytałam. 
-Jaki chłopak? O co ci chodzi?-tym razem to on się zdziwił. 
-No ten!-odwróciłam się, ale... nikogo nie było! James zniknął! Po prostu! Puff i go nie ma!-Och... nieważne... 
Potem wróciliśmy do domu, gdzie czekał na mnie wściekły Lewis...
*****
Hej! Dziś pierwszy rozdział. Jeśli zauważycie jakieś błędy to śmiało piszcie bo nie miałam czasu ich sprawdzić. A propos : niestety przez kilkanaście najbliższych dni na moim blogu nie będą pojawiać się nowe posty, ponieważ sprawy szkolne zajmują mi cały grafik. Przepraszam, ale mam nadzieję, że to zrozumiecie. 
Pozdrawiam cieplutko!
Tesa :*

środa, 14 października 2015

Prolog

Tego feralnego dnia wstałam lewą nogą. Nie chciałam iść do szkoły, spotkać się z przyjaciółmi ani nawet rozmawiać z kimkolwiek o czymkolwiek. Życie wydawało mi się bezsensowne. Dlaczego? Tego nie wiem do dziś. Miałam dziwne przeczucie. Jakby coś miało się zdarzyć... A co najlepsze, miałam rację... 
Powoli zwlekłam się z łóżka. Na stopy naciągnęłam skarpetki i zeszłam po schodach do kuchni, gdzie czekało na mnie śniadanie. Placki z jabłkami... Mogłabym je jeść całe życie... 
-Witaj, kochanie! Wstałaś już? Mogłaś sobie jeszcze troszkę pospać-wyrwała mnie mama, z mojego snu o placuszkach. 
-Wiem, ale... już się wyspałam-uśmiechnęłam się krzywo. 
-Aha... No dobrze... W takim razie wszamaj szybko śniadanko, bo za pół godzinki szkoła!- uśmiechnęła się rodzicielka.
Westchnęłam. Zaczęłam powoli jeść placuszki, od czasu do czasu popijając je kakao. 
-A... Gdzie Lewis?-szepnęłam. 
Mama wyprostowała się i zaczęła ciężko oddychać. Nagle uspokoiła się. 
-A czemu pytasz?-zapytała ze sztucznym uśmiechem. 
Przez chwilę zastanawiałam się co odpowiedzieć. 
-Bo chciałabym aby odwiózł mnie do szkoły...-palnęłam. 
Mama dostała wytrzeszczu. Dosłownie. 
-Co?!-wrzasnęła. 
Zaczęłam w myślach się śmiać. Jej mina była przekomiczna! 
-No... tak! Co w tym dziwnego?-zapytałam ironicznie. 
-Dziwne jest to, że nie tolerujesz Lewisa, a teraz chcesz aby odwoził cię do szkoły?!- kobieta ciągle krzyczała.
Spojrzałam na nią ze strachem. Nigdy się nie kłóciłyśmu zwłaszcza to o taką błahostkę! Mama westchnęła. 
-Przepraszam...-rzekła ze skruchą rodzicielka.- Po prostu, to trochę dziwne... 
-Przecież ludzie się zmieniają, więc dlaczego ja nie mogę?-powiedziałam z poirytowaniem (tak naprawdę to wciąż nie cierpiałam tego gościa i nie miałam zamiaru się zmieniać. Po prostu chciałam z nim pogadać w cztery oczy na ważny temat).
Mama zamilkła. Poczułam się bardzo dziwnie. Przeszedł mnie okropny dreszcz. Kiedy w końcu zjadłam placki wstałam od stołu i poszłam przygotować się do szkoły. Ubrałam  jakieś ciuszki, spakowałam książki i wybiegłam z domu. W ostatniej chwili wskoczyłam do szkolnego busa. Podałam brodatemu kierowcy bilet i zaczęłam powoli iść w stronę Leany, mojej przyjaciółki. 
-Hej, Mariska!-rzekła piskliwym głosem dziewczyna. 
Uśmiechnęłam się, a po chwili znalazłam się już obok niej. Usiadłam ociężale na fotelu i oparłam głowę o szybę. Autobus ruszył. 
-Marissa?-szepnęła Lea.-Co jest? Znowu kłótnia? 
Pokiwałam smętnie głową. Przyjaciółka zmarszczyła brwi i troskliwie mnie objęła.  Właśnie przez takie małe gesty, była moją bratnią duszą. Od kiedy się poznałyśmy wiedziałam, że się polubimy. 
-Już OK?-rzekła z uśmiechem. 
-Tak...-roześmiałam się. 
Jeszcze przez kilka minut rozmawiałyśmy i śmiałyśmy się jak wariatki kiedy zdarzyło się coś co zmieniło mnie i moje życie. Autobus zaczął szarżować. 
-Co się dzieje?-zdziwiła się Lea. 
-Nie wiem!-rzekłam ze strachem w oczach. 
W przeciągu kilku sekund bus wykonał kilkanaśnie przewrotów i zaczął się staczać w przepaść. Wszyscy zaczęli wrzeszczeć. 
-Cholera! Co jest z tym autobusem!- krzyczała sparaliżowana dziewczyna. 
Rozejrzałam się wokół. To była istna masakra! Zewsząd lała się krew, a gdzieniegdzie leżały zwłoki. Nie mogłam na to patrzeć. Odwróciłam wzrok i zaczęłam płakać. Nagle poczułam czyjś dotyk na ramieniu. 
-Marissa! Weź się w garść! Jesteś silna i dasz radę! Nie umrzemy w wieku trzynastu lat, nie bój się, ja o to zadbam. Teraz tylko musisz wziąć się w garść i być...-urwała Lea, ponieważ nagle upadła. Prędko sprawdziłam puls. Brak...
-NIE!!!-wrzeszczałam.-Boże, tylko nie to! Błagam, Lea! Nie! 
W tym momencie zrobiło mi się ciemno przed oczyma. Złapałam się za głowę. Ujrzałam krew. 
-O cholera...-szepnęłam i zapadłam w wielką ciemność.
*****
Hejcio! Dziś tylko taki krótki prolog, ale nie martwcie się, w niedzielę wrzucę I rozdział. Mam nadzieję, że moje wypociny się spodobają. Buziaki i życzę miłego czytania :)

niedziela, 11 października 2015

Witojcie!

Hej! Nazywam się Tesa i jestem zwykłą nastolatką ze zwykłym hobby: piszę różne opowiadania, fraszki i inne dziwne rzeczy. Miałam wiele blogów, ale... szybko z nich rezygnowałam. Nie umiałam znaleźć odpowiedniego tematu, a moje posty nie trzymały się kupy. Teraz, kiedy trochę dojrzałam, postaram się pisać dla Was zrozumiale, a przede wszystkim ciekawie. Od razu zaznaczam, że moje rozdziały będą moją własną historią, dlatego proszę ich nie kopiować. Może później kiedy blog się rozwinie wezmę się za fan-fiction, ale jak na razie pozostanę przy moim opowiadaniu. To tyle ode mnie i kończę ten post z wielką nadzieją rozwoju i mam nadzieję, że ,,bazgrołki Tesy'' Wam się spodobają. Pozdrawiam :)
PS Jakieś streszczenie opowiadania przyślę za kilka dni.