sobota, 28 listopada 2015

Rozdział VI ,,-Ty mówisz serio?!"

Minęło pięć dni. Pięć okropnych, ciężkich, złych, zimnych dni, które spędziłam u boku Ean'a. Chłopak dzielnie mnie wspierał. Zawsze miałam co jeść i nigdy nie czułam smutku, ponieważ kiedy on widział, że coś nie tak, siadał obok mnie i rozmawialiśmy przez wiele godzin. Miałam okazję go lepiej poznać i dowiedzieć się smaczków na jego temat np. że ma tatuaż. A Alex? Napisał mi jedynie SMS'a, w którym ze mną zerwał. Palant! Nie przeżyłam tego jakoś emocjonalnie, a moją jedyną reakcją było pokazanie fuck'a do telefonu. Cóż... Życie... Jedni odchodzą, a na ich miejsce pojawiają się inni. Kiedy nastał poranek, dnia szóstego (to brzmi jak rodem z Biblii) znowu odwiedził mnie... James... Zobaczyłam go podczas układania opału na ognisko. 
-Co tu robisz?-zapytałam kiedy tylko zobaczyłam jego oblicze. 
Chłopak stał jak wryty. Nie poruszył się nawet o milimetr i miałam wrażenie, że przestał nawet oddychać. 
-Głuchy jesteś?!-wściekłam się. 
W tej właśnie chwili James upadł na ziemię. Wytrzeszczyłam oczy i rozejrzałam się wokoło. Nie mogłam zlokalizować Ean'a, więc sama podbiegłam do trupa. Położyłam głowę chłopaka na swoich kolanach i zlustrowałam go wzrokiem. Wyglądał tak jak ja, po pobiciu przez Lewisa. Miał pokiereszowaną twarz i zdartą skórę na rękach i nogach. 
-Boże, kto cię tak urządził?-zapytałam z przerażeniem, nie licząc na odpowiedź. 
Powoli wstałam i zaczęłam biec w stronę małego źródełka, które wraz z Ean'em odkryliśmy dwa dni temu. Oderwałam kawałek rękawa i zmoczyłam go w wodzie. Wstałam, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Nie wiedziałam co zrobić. Obmyje tylko powierzchowne rany, ale co jeśli James ma obrażenia wewnętrzne? Czy mu nie zaszkodzę? A może mam mu zrobić reanimację? Westchnęłam. Spuściłam głowę i popatrzyłam na trawę. Była uschnięta i pożółkła, jak zwykle jesienią bywa. Odgarnęłam włosy i podniosłam głowę ku niebu. Liczyłam na jakieś natchnienie, ale takowego nie uzyskałam. Otrząsnęłam się i zaczęłam iść w stronę James'a. Kiedy znalazłam się przy nim zobaczyłam, że z jego ręki wystaje jakiś... drut... Otworzyłam buzię i zrobiłam minę przerażonego żółwia. Złapałam się za czoło i zaczęłam dreptać w miejscu. Teraz to miałam problem. Pręt? Serio?! O losie... 
-Marissa...-usłyszałam cichy szept. 
W chwili przestałam chodzić i klęknęłam przy chłopaku. 
-Tak?-zapytałam ochrypłym głosem. 
James próbował usiąść, ale jego zmagania zakończyły się niepowodzeniem, a także bólem. 
-Musisz uciekać...-rzekł niezwykle poważnie chłopak. 
-Co ty gadasz?-zdziwiłam się.-Potrzebujesz pomocy, a ja jestem w stanie ci jej udzielić. Nie bój się, nie zostawię cię.
Powiedziawszy to zaczęłam przemywać jego twarz namoczonym rękawem. Kiedy spostrzegłam, że ,,gaza" jest już prawie sucha chciałam ją ponownie namoczyć. Odwróciłam się i zaczęłam wstawać, ale James chwycił mnie za nadgarstek. Obróciłam głowę w jego stronę, a przed oczyma ujrzałam tak okropny widok, że łzy same zaczęły płynąć po policzkach. James był blady i wyzionęło z niego życie. Miał przekrwione oczy, a ich błękitny kolor poczerniał. Usiadłam obok niego i zaczęłam gładzić po włosach. Sama nie wiedziałam czemu to robię. Po prostu doznałam jakiegoś instynktu i nie mogłam tego nie uczynić. Miałam wrażenie, że tym prostym gestem mu pomogę. 
-Marissa...-powiedział strasznie suchym głosem. 
-Tak?-szepnęłam ocierając łzę. 
Mimo  że nie przepadałam za nim, mimo że przyczynił się do zrujnowania mi życia, mimo że był skończonym dupkiem miałam u niego dług. Wtedy, tydzień temu pomógł mi kiedy zostałam pokiereszowana. Musiałam mu się odwdzięczyć. Nagle po mojej prawej stronie znalazł się Ean. Spojrzałam na niego zapłakanymi oczyma, a on przykucnął i pogładził mnie po policzku. Mam wrażenie, że przez te sześć dni, które spędziliśmy, zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Chłopak nie był mi już obcy, ale czułam jak byśmy znali się od zawsze. Odsunęłam się od trupa i stanęłam na równe nogi. Ean zaczął lustrować go wzrokiem. 
-James?-nie dowierzał. 
Zdziwiłam się. 
-To wy się znacie?-rzekłam zimno. 
-Tak się jakoś złożyło-zażartował chłopak, ale mimo to był bardzo poważny. 
Jeszcze raz rzucił okiem na ofiarę, a jego wzrok zatrzymał się na ręce, w której tkwił pręt. 
-O cholera!-krzyknął.-Marissa, będziesz potrzebna. 
Otrząsnęłam się i spojrzałam na Ean'a spode łba. 
-Ty mówisz serio?-nie mogłam uwierzyć jego słowom. 
Chłopak ciężko wypuścił powietrze z płuc. 
-Tak, idź po wodę i przynieś z torby coś czym można zakleić te rany-zażądał. 
Nie czekając na nic pobiegłam na miejsce zakwaterowania i zaczęłam przeszukiwać tobół. Gdzieś w głębi odnalazłam chustkę, jakiś sznurek i trochę papieru toaletowego. Biegiem wróciłam tam gdzie leżał James i położyłam ekwipunek na trawie. 
-Teraz posłuchaj mnie uważnie!-powiedział stanowczo Ean.-Musisz wyciągnąć ten metalowy drut.
-Oszalałeś?!-wrzasnęłam. 
-Nie, jestem w pełni rozumu. Mar, proszę! Choć raz mnie posłuchaj.-rozkazał. 
-Przecież zawsze cię słucham!-obruszyłam się. 
Ean, zezłościł się. Widać, że nie była to odpowiednia pora na jakiekolwiek żarty. Widząc jego minę okazałam skruchę i rzekłam niepewnie: 
-Czy ty naprawdę uważasz, że ja to mogę zrobić?... 
-Tak, jestem pewny!-rzekł z werwą.-Spokojnie ja będę ci pomagał. 
Zamilkłam. Zaczęły trząść mi się ręce i nogi były jak z waty.
-Ale czemu ty tego nie zrobisz? Jesteś silniejszy i w ogóle jesteś bardziej odpowiedni...-próbowałam  go przekonać, ale on posłał mi jedynie wściekłe spojrzenie, przez które skończyłam dyskusję.
Przykucnęłam obok truposza i spojrzałam na Ean'a. 
-Co mam robić?-zapytałam przełykając gulę. 
-Złap za pręt-rozkazał. 
Chwyciłam za drut, a James wrzasnął. 
-Boże, przepraszam!-zaszlochałam. 
-Jest ok...-szepnął chłopak. 
Odetchnęłam. Przesunęłam ręce niżej, a tyle nisko aby łatwiej mi było go wyjąć, ale nie za blisko aby nie dotykać skóry. 
-Dobrze, Mars. Teraz zaprzyj się nogami.-rzekł  ze zmartwieniem Ean. 
Spojrzałam na niego, a gęba opadła mi wnet do ziemi. 
-Co mam zrobić?!-zapytałam sarkastycznie. 
Ean poprawił grzywkę i ponownie powiedział: 
-Zaprzyj się nogami. Rób jak mówię, proszę.
Serce biło mi jak oszalałe. Kończyny się spociły, a źrenice zwęziły. 
-Posłuchaj, musisz jednym zamaszystym ruchem wyciągnąć drut, wyrzucić za siebie i włożyć ręce w ranę, bo sam nie dam rady zatamować krwawienia. Dasz radę?-powiedział z trwogą mój przełożony. 
-A mam wyjście?-rzekłam łamliwym głosem.
Ean wziął w ręce chustę i papier. 
-Na trzy!-krzyknął.-Raz... 
Ręce trzęsły mi się jak galareta. 
-Dwa... 
Miałam wrażenie, że padnę na zawał i wtem: 
-Trzy!
Zamaszyście wyciągnęłam pręt, a James krzyknął przeraźliwie. Zachwiałam się i ścisnęłam mocniej drut, który sterczał w moich kikutach. Przypomniałam sobie, że Ean kazał sobie pomóc więc odłożyłam pręt delikatnie jakby był to co najmniej diament i zaczęłam wkładać ręce do dziury w ręce chłopaka. Krew lała się ze wszystkich stron. 
-Jezusie, on się wykrwawi!-krzyknęłam w strachu. 
Rozejrzałam się. Swój wzrok zatrzymałam na Ean'ie licząc, że coś na to zaradzi, ale on puścił ręce i wstał. 
-Co ty robisz?!-zdziwiłam się niemiłosiernie. 
W chwili James zrobił się blady. Z jego oczu zaczęła płynąć krew, a palce robiły się sine. Nie rozumiałam z tego nic. Przecież rana James' a nie była aż tak bardzo duża, żeby doprowadzić do śmierci w tak krótkim czasie. Powinno to zająć co najmniej kilka godzin, a nie kilka sekund. 
-Ean!-zawołałam. 
Chłopak wpatrywał się w truchło martwym wzrokiem. 
-To metal-wypalił. 
-Co?!-miałam wrażenie, że się przesłyszałam. 
-Metal. Srebro. Dla niego nie ma ratunku. Jeśli drut siedział więcej niż pięć minut, nie ma co go ratować-szepnął. 
Otarłam pot z czoła i mocniej wsadziłam palce. 
-O co ci chodzi? Jakie srebro!? On przeżyje! Niemożliwe żeby zabił go pręt! Nie rób sobie żartów-paplałam w panice. 
Nagle Ean chwycił mnie za ręce i zaczął oddalać od rany. 
-Zwariowałeś?!-krzyknęłam.-Puść mnie. 
Wyrwałam się i docisnęłam żyłę. Zmęczenie i skurcze rąk dawały się we znaki.Palce mi drętwiały, a koniuszki robiły się szare. Mimo to, trzymałam dalej. Ean widząc mój wysiłek przycupnął obok mnie i dotknął mojego policzka. Obrócił moją głowę w swoją stronę i spojrzał mi w oczy. 
-Marissa, wiem co mówię. On nie wytrzyma tego. To metal. Srebro. Ono go uśmierca. Daj  mu odejść...-szepnął chłopak. 
Zastygłam. Nie wiedziałam czy mam go posłuchać, czy może postawić na swoje? 
-O co ci chodzi z tym metalem?!-krzyknęłam przez płacz.
Ean'owi zabrakło tchu. 
-Zaufaj mi... Proszę...-mówił ciepło chłopak. 
Moje ręce nadal były w dziurze. Po moim policzku spłynęła strużka. Była to łza bezradności. Spojrzałam na James'a. Wyglądał jak trup. Zadecydowałam i po chwili zaczęłam wyciągać dłonie z rany. Kiedy moje purpurowe kończyny znalazły się na powierzchni, położyłam je na klatce James'a. Serce przestało bić. Chłopak był wnet biały, a krew skrzepła. Na swoim ramieniu poczułam dłoń. 
-Tak będzie lepiej...-rzekł smętnie Ean. 
-Tego nie wiesz...-odrzekłam cicho. 
Zapadła cisza. Wciąż siedziałam zapłakana przy chłopaku, licząc, że jego pikawa zacznie swoją robotę. Kiedy po wielu minutach tak się nie stało, postanowiłam opuścić ciało. Ostatni raz dotknęłam włosów chłopaka i wstałam. Patrzałam z góry na pokiereszowane truchło, a serce ściskało mi się jak gdyby ktoś związywał je sznurem. Wszystko stało się tak szybko. Śmierć... Czy to wszystko jest prawdą? Może śnię?! Niestety... To koniec...Nagle stało się coś co zaprzeczyło wszystkim moim wierzeniom i przekonaniom. Coś co zmieniło mnie na zawsze...
**** 
Przeczytałeś? Zostaw komentarz! To motywuje i daje pozytywnego kopniaka do działania :) 
Pozdrawiam <3 Tesa

sobota, 21 listopada 2015

Rozdział V ,,Na wygnaniu"

#PrayForParis 


Zaczęło padać. Na początku była to tylko mżawka, ale po pewnym czasie zrobiła się nieustająca ulewa. Krople stawały się duże i twarde. Z każdym uderzeniem o skórę, przyprawiały mnie o ból. Miałam wrażenie, że niebo się na mnie uwzięło i teraz zamiast deszczu, spuszcza na mnie falę kamieni. Na ziemi tworzyły się głębokie jak morze kałuże i z każdą chwilą ich średnica powiększała się o kilka centymetrów. W powietrzu unosił się przyjemny zapach liści i mokrej trawy. Rozejrzałam się wokół. Było ciemno, zimno, mokro i źle. Wszystko wydawało się większe, straszniejsze i mroczniejsze. Nawet zwykła ławka przypominała jakiegoś wstrętnego potwora. Nagle zatrzymałam się gwałtownie. Przed sobą ujrzałam tabliczkę, która uradowała mnie jak jeszcze nic w całym moim życiu : ,,Witamy w Lesie Lizzo". Co prawda napis był starty i okurzony, ale i tak z łatwością mogłam przeczytać jego treść. Tuż obok znaku stał kosz, dalej zaś budka z kiepskim kebabem. Dałam kilka kroków naprzód, ale prędko się zatrzymałam. Przez głowę przeszła mi myśl, której nie chciałam doświadczać- czy robię słusznie uciekając z domu? Spuściłam głowę i przeznaczyłam chwilę na rozmyślania. Przestudiowałam cały dzisiejszy dzień, bójkę, kradzież i nagle przed oczyma, w moim umyśle ujrzałam... mamę. Stała smutna i czekała na mój powrót. Poczułam, że do oczu napływają mi kujące łzy. Odpędziłam jej wizerunek i zapędziłam się dalej w las.
****
Serce lasu Lizzo. Piękne, pachnące i idealne na miejsce tymczasowego zakwaterowania.  Z hukiem położyłam moją torbę na ziemi. Na moje szczęście liście drzew chroniły przed wodą, więc mogłam tu trochę obeschnąć. Odgarnęłam włosy z czoła i zaczęłam grzebać w torbie. Kanapka-nie. Woda-nie. Chusteczki-nie. Telefon- wielkie tak! Chciałam zobaczyć która godzina i może zadzwonić do Alexa... Przyszedł by tu i pocieszył mnie jak umie tylko on... Uśmiechnęłam się. Odblokowałam telefon i zaczęłam przeszukiwać kontakty. Kiedy w końcu znalazłam numer Ala, postanowiłam bez zwłoki zadzwonić. Pip, pip, pip, pip i pip. Nie odbierał. Spróbowałam jeszcze raz, ale efekt był ten sam. Schowałam telefon do kieszeni. Usiadłam na torbie i wplotłam dłoń we włosy. Z oczu zaczęły płynąć perły smutku. Nie wiedziałam co zrobić. Może wrócić? Może dać sobie spokój? Może po prostu jestem głupią wariatką, która jest najbardziej pechowym człowiekiem na ziemi?! Westchnęłam. 
-Kiepski dzień, co?-usłyszałam zza pleców. 
Odwróciłam głowę. 
,,Tylko ciebie mi tu brakowało..."-żaliłam się sobie samej w myślach. 
James... Czemu on zawsze jest wtedy, kiedy jest mi naprawdę źle? Czy on ma jakiś radar w dupie i mnie z każdym krokiem śledzi?! 
-Trochę...-rzekłam gniewnie. 
Zapadła krępująca cisza. 
-M-mogę się dosiąść?-zająknął się James.  
-Jeśli musisz...-odrzekłam z irytacją. 
Przesunęłam się o kilka centymetrów. Chłopak delikatnie usiadł na torbie. Dzielił nas tylko centymetr. Znów milczenie. Nie wiedziałam o czym z nim gadać. 
-James?-zapytałam. 
-Tak?
-Kim ty jesteś?-rzekłam mrużąc oczy. 
-No jak to kim? Tym czym jesteś ty!-zaśmiał się. 
Zrobiłam usta w wąską kreskę i zaczęłam intensywnie myśleć. Zauważyłam, że jest to typ wykrętaka, który zawsze znajdzie jakąś wymówkę. 
-To jakim cudem, wtedy w moim domu, się u mnie znalazłeś?-powiedziałam, licząc, że się złamie. 
-Normalnie-oburzył się chłopak.-Po parapetach. Dużo ćwiczę, więc jestem silny i dałem radę. 
-Okej...-rzekłam stanowczo.- Załóżmy, że ci uwierzę, ale skąd wiedziałeś, że zemdlałam?
-Miałem przeczucie...-odpowiedział tajemniczo. 
Wkurzyłam się. Wstałam z torby i stanęłam oko w oko, z James'em. Złapałam go za kołnierzyk wystający z pod szarej bluzy i delikatnie pociągnęłam. Chłopak odchylił głowę i widocznie przestraszył się. 
-Słuchaj no kolego-mówiłam przez zaciśnięte zęby.-Mam już dosyć twoich gierek i masz mi wyśpiewać wszystko jak leci. Skąd mnie znasz, jakim cudem wiesz o całym moim życiu i czym jesteś!? Skaczesz sobie z okna i znikasz jak gdyby nigdy nic, a teraz się do mnie przystawiasz! Tłumacz się albo urwę ci co nieco! 
James'owi zabrakło tchu. Nie wiedział co powiedzieć. Miałam wrażenie, że zaraz się rozbeczy jak mała dzidzia. Ale nie! Otrząsnął się i z dumą powiedział. 
-Jesteś Marissa Hughes, prawda?
Kiwnęłam niepewnie głową. 
-Urodziłaś się dwunastego października roku 1999, czy mam rację? 
Ponownie potwierdziłam. 
-Twoja matka ma na imię Anais, ojciec nie żyje, prawda?
Przytaknęłam. 
-Masz młodszą siostrę Liliannę i ojczyma Lewisa. Twoja mama wyszła za niego za mąż trzy lata po śmierci twojego taty. Byłaś z nim ciężko związana i trudno przeżyłaś jego odejście, tak? 
-Tak, ale do czego to prowadzi?-zdenerwowałam się. 
Puściłam kołnierzyk James'a i oddaliłam się kilka kroków. 
-Chodzi mi o to... To skomplikowane-...urwał gwałtownie chłopak. 
Zaczęłam ciężko oddychać. Nagle usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Alex... 
-Porozmawiamy za chwilę-rzekłam z gniewem w oczach. 
Odeszłam kilka kroków. Stanęłam za wielkim drzewem i odebrałam telefon. 
-Tak?-szepnęłam. 
-Marissa, co chciałaś?-zapytał jakby od niechcenia. 
-Jak to co?!-zdziwiłam się.-Chciałam zwyczajnie pogadać. 
-Kotku, nie mam czasu na paplaninę. 
Wyprostowałam się. 
-Nie masz czasu, tak?
-Tak, Mars! Muszę kończyć. 
-Ale...-urwałam bo usłyszałam coś bardzo dziwnego. 
Jakby...damski głos! I to nie głos mamy Alexa tylko jakieś młodej dziewczyny... 
-,,Al, chodź już! Proszę, ile mogę czekać!? (śmiech) Czemu jej nie powiesz? Przecież...-nie usłyszałam, bo chłopak się rozłączył. 
Stanęłam jak wryta. Nie wiedziałam co począć. Z oczu zaczęły wypływać mi ciemne łzy, a ja powoli upadłam na kolana. Oparłam się o dąb i schowałam głowę w rękach. Usłyszałam kroki. 
-James...-mówiłam chlipiąc.-I co? Znowu mi powiesz, że to przypadek? Że jesteś zawsze kiedy mi smutno? Nie mam ochoty teraz gadać. A nie, zapomniałam! Ty jesteś rycerzem na białym koniu, który niesie mi ofiarną pomoc i pocieszenie!
Zaśmiałam się panicznie. Pokręciłam głową i ponownie schowałam się w moich odnóżach. Kroki wciąż się zbliżały. Westchnęłam. Odwróciłam głowę. 
-To w końcu zdradzisz mi swoje imię?-zapytał ten sam chłopak, który wyrwał mnie z obleśnych rąk gangu. 
Patrzyłam  na niego moimi seledynowymi oczyma i nie dowierzałam. Tak po prostu sobie przychodzi i pyta o imię. Kto tak robi?! Jakiś frajer! 
-Skąd się u wziąłeś?
-Przechodziłem obok. To zdradzisz mi swoje imię?-zapytał. 
-Nie odpuścisz, co?-uśmiechnęłam się krzywo. 
-Nie-rzekł stanowczo wybawca i oparł się o drzewo. 
-Skoro już musisz wiedzieć to mam na imię Marissa. 
Chłopak uśmiechnął się. Ten drobny gest był jakiś hipnotyzujący. Kiedy słyszałam głos wybawcy moje serce stawało w gardle, a oczy łaknęły jego widoku. 
-A ty? Jak się zwiesz?-zapytałam z ciekawością. 
-Ean-rzekł, a moja pikawa znów znalazła się w gardzieli. 
Mruknęłam. 
-Słuchaj Marissa, co ty tu właściwie robisz?-chłopak stał się poważny. 
-Długa historia...-chciałam go zniechęcić. 
-Mam czas-rzekł i usiadł obok mnie. 
Byliśmy tak blisko. Tym razem moje serce chciało wyskoczyć z piersi. Zaczęłam się rumienić. 
-Zacznij swoją opowieść-zachęcił mnie Ean. 
-Och... Od czego by tu zacząć!-kręciłam głową.-O mam! Dziś są moje szesnaste urodziny. Było przyjęcie i wszystko super, ale pod koniec mój ukochany ojczym wspomniał o bardzo bliskiej mi osobie, która już nie żyje... Popsuł wszystko, a ja uciekłam z domu. Spotkałam jakiegoś porąbanego gościa, który ma radar w zadku, ale mimo to wróciłam do zawszonego domu. Tam czekał na mnie ojczym i na powitanie zbił mnie na kwaśne jabłko. Poszłam powiedzieć o tym mojej mamie, ale ona dała mi jedynie karę i uciekłam. Przed chwilą chcieli mnie okraść, ale ty mnie ocaliłeś, a i jeszcze znowu, przed chwilą, spotkałam tego chłopaka z radarem, i prawie go pobiłam, ale to nie wszystko! Dzwonił mój chłopak. Znalazł sobie jakąś lafiryndę.-skończyłam z załamaniem. 
Schowałam głowę w rękach. 
-Nie martw się. Pomogę ci -rzekł Ean z pokrzepieniem. 
Spojrzałam na niego, a nasze oczy się spotkały. 
,,Jezu, jaki on jest przystojny!"-pomyślałam. 
Chłopak złapał mnie za rękę i posłał ten zniewalający uśmiech, przez który moje serce skacze jak porąbane...
******
Dzięki za przeczytanie! Mam nadzieję, że zostawisz komentarz i zmotywujesz mnie do dalszej pracy :) Pozdrawiam ciepło! Tesa

czwartek, 12 listopada 2015

Rozdział IV ,,Przypadek? Nie sądzę..."

ZANIM PRZECZYTASZ! 
Kochani, wiem, że niektórym przeszkadza długość moich rozdziałów, ale robię to celowo. Nie chcę pisać zbyt dużo, aby ta historia trwała jak najdłużej, ponieważ jestem całym sercem oddana Marissie i nie chcę, aby nasza przygoda skończyła się szybko. Lubię dozować emocje i być jak Polsat :) Mam nadzieję, że zrozumiecie. Z doświadczenia wiem, że długie posty ciężko się czyta i czasem się nie chce, dlatego moje wyglądają tak a nie inaczej. Pozdrawiam wszystkich :*

*****

Upadek nie był tak bolesny jak sądziłam. Tylko delikatnie się obtłukłam, ale poza tym nic mi się nie stało. Brak złamań, brak jakichkolwiek ran. Przypadek? Wątpię. Coraz to bardziej myślę, że coś lub ktoś nade mną czuwa i pilnuje abym nie ucierpiała. 
Kiedy opadł kurz, ciemny i zapychający nozdrza, wstałam, chwyciłam moją torbę podróżną i cicho jak mysz, wymknęłam się przez furtkę. Zaczęłam powoli truchtać. Zastanawiałam się, gdzie mogę się tymczasowo zakwaterować. Pierwszą moją myślą był park, ale szybko go odrzuciłam, ponieważ mama często tędy przechodzi. Kolejnym konceptem, który przeszedł mi przez myśl, było zatrzymanie się u Alexa, ale i tam na pewno by szukali. W końcu zdecydowałam się na las. Pachnący i zielony las Lizzo. Po chwili rozmyślania, przez głowę przemknęła mi sprawa, która mnie zmartwiła. Nie miałam co jeść. Co prawda zabrałam z domu kanapkę i niedojedzonego wafelka, ale i one skończą się bardzo szybko, ponieważ już burczało mi w brzuchu. Postanowiłam zakupić prowiant w najbliższym sklepiku. Kiedy tylko przekroczyłam próg monopolowego, od razu poczułam cierpki smród alkoholu. 
-Dzień dobry!-przywitałam się. 
Cisza. Nie było słychać oddechów, kroków ani najmniejszego szmeru. Nagle zza lady wyłoniła się dobrze znajoma mi kobieta: Ana Starling. 
-Marissa!-zapiszczała swoim cienkim głosikiem. 
Uśmiechnęłam się niemrawo i podeszłam do lady. Popatrzyłam na półki. Słodycze, napoje, chipsy, artykuły biurowe, papierosy, a przede wszystkim piwo, wódka i inne pochodne. 
-Co byś chciała, skarbeczku?-rzekła ze sztucznym uśmiechem sprzedawczyni. 
Zamyśliłam się. 
-Poproszę wafle ryżowe, Twixa, wodę i precelki-zażądałam. 
Ana schyliła się i sięgnęła po produkty. Położyła je z hukiem na metalowym blacie. 
-Dwadzieścia złotych, proszę-powiedziała kobieta. 
Z kieszeni wyciągnęłam skórzany portfel i wyciągnęłam banknot. Dałam go Anie i wyszłam ze sklepiku. Zaczęłam dreptać w stronę w stronę lasu Lizzo. Torba, którą ze sobą zabrałam była bardzo ciężka, dlatego szłam bardzo powoli. Moje słabe nogi stawały się już coraz bardziej wiotkie, a kolana uginały się pod ciężarem bagażu. Na uboczu ujrzałam małą, drewnianą ławeczkę, która miałam wrażenie, że zaraz się rozpadnie. Ostatkiem sił doczołgałam się do miejsca mojego spoczynku i ociężale na nim usiadłam. Oparłam się i zamknęłam oczy. Światło jesiennego księżyca delikatnie oświetlało mnie swym bladym blaskiem, a nocny wiatr subtelnie rozwiewał orzechowe włosy. Słyszałam szelest liści i świergot ptaków. Zadek trochę mi przymarzł, ale to nie popsuło tej magicznej chwili. Nagle na swoim policzku poczułam czyjś brudny oddech. Otworzyłam seledynowe oczy i ujrzałam karka. Umięśniony mężczyzna patrzył na me oblicze. Odsunęłam się i spojrzałam z wyrzutem. 
-O co chodzi?-zapytałam urażona. 
-Masz pieniądze?-zapytał facet. 
-Co?!-zdziwiłam się. 
-Kolega pytał czy masz forsę, dziecinko-rzekł drugi, stojący za nim. 
Po chwili wyłonił się jeszcze trzeci i czwarty. Patrzyłam na nich z wielkim przerażeniem i zdziwieniem, że chcą mnie okraść w białą noc. Rozejrzałam się wokół. Byłam na kompletnym odludziu. Pierwszy facet złapał mnie za ramię i zaczął potrząsać. 
-Masz kasę, czy mamy ci zrobić krzywdę?!-zagroził. 
-Nie mam pieniędzy! Jedynie trzydzieści złotych!-rzekłam prawie płacząc. 
-To nas nie satysfakcjonuje!-rzekł trzeci. 
Spanikowałam i zaczęłam się szarpać. 
-Dziecinko!-powiedział pobłażliwie facet, który trzymał moje ramię.-To ci nic nie da! Uratuje cię jedynie szmal! 
-Już mówiłam, nie mam!-wrzasnęłam. 
-W takim razie policzymy się-mówił czwarty-chłopcy! 
Spojrzał na resztę swojego gangu. Mężczyźni zaczęli się do mnie zbliżać. Poczułam smród piwa od jednego z nich i fetor papierosów od reszty. Praktycznie cała grupa miała tatuaże i blizny na brwi, wardze lub szyi. Jeden złapał mnie za włosy, drugi za ręce, a trzeci za talię. Czwarty wszystkimi dyrygował. 
-Hej!-usłyszałam z oddali jakiś męski głos. 
Gang zaprzestał swojej roboty i odwrócił się w stronę wołającej postaci. 
-Odwal się!-wrzasnął jeden z ,,rodzinki" do chłopaka. 
Mężczyźni ponownie zaczęli mnie rozszarpywać. Niespodziewanie jeden upadł na ziemię. 
-Robin!-zaszlochał największy. 
Po chwili obalił się drugi i trzeci. 
-Co do...-szepnęłam. 
Kilka sekund później padł czwarty. 
-Nic ci nie jest?-usłyszałam zatroskany głos. 
Spanikowałam. Nie myśląc o niczym uderzyłam z impetem mówiącą postać. 
-Auć...-wrzasnął pan ,,głos"
Dopiero po chwili spostrzegłam, że uderzyłam tego samego chłopaka, który powalił na ziemię gang. 
-O matko! Przepraszam! Nic ci nie jest?-zapytałam, choć spodziewałam się odpowiedzi. 
Chłopak ciężko westchnął i rzekł: 
-Jest okej... 
Odetchnęłam z ulgą. Nie złamałam mu szczęki! Juhu!!! Zapadła cisza. 
-Słuchaj, dziękuję ci za ratunek, ale muszę już iść-przerwałam milczenie. 
Wzięłam torbę w ręce i powolnym krokiem zaczęłam iść w stronę lasu. Przeszłam kilka kroków kiedy usłyszałam za sobą mojego wybawiciela: 
-A powiesz mi chociaż jak masz na imię?
Wywróciłam oczami. 
-Nie, raczej nie...-odrzekłam. 
I poszłam dalej...

sobota, 7 listopada 2015

Rozdział III ,,Kolejna kłótnia..."

Na samym wstępie pragnę serdecznie pozdrowić xBlackVeilBridesx xoxo, która swoim komentarzem motywuje mnie do dalszej pracy :) Pozdrawiam <3


-Córeczko?-mama powoli otwierała drzwi. 
-O co chodzi?-rzekłam, jednocześnie zakrywając twarz kapturem od bluzy. 
Kobieta powoli weszła do pokoju. 
-Marissa? Co tu się stało? Czemu na łóżku leżą zakrwawione chusteczki?-zapytała z wyraźnym strachem. 
-Nie wiem o czym mówisz-powiedziałam, aby trochę ją zniechęcić. 
-O tym-podniosła jedną chusteczkę, na której było jej najwięcej. 
-Leciała mi krew z nosa-skłamałam. 
-Coś kręcisz, moja droga!-pokiwała głową mama.-Nie kombinuj, tylko mów, co jest grane? 
Ciężko westchnęłam. Powoli opuściłam kaptur. Rodzicielka złapała się za głowę i zaczęła lamentować. 
-Jezusie! Kto ci to zrobił? Matko Boska... córciu! Jak ty wyglądasz? Boże Święty!
Patrzałam ta nią z irytacją. Wiedziałam, że jeśli jej powiem co się tak naprawdę stało, to dostanę szlaban na trylion lat (jak zwykle kiedy coś zwalałam na Lewisa). 
-Chodź do łazienki to cię opatrzę!-rzekła ze łzami w oczach mama. 
-Nie trzeba, Jam...-urwałam. 
Właśnie uświadomiłam sobie, że mój rozum jest jeszcze głupszy niż sądziłam. 
-Co jam?-zdziwiła się kobieta. 
-Ja...m...am zadane i muszę odrobić-wymigałam się zręcznie. 
-Przecież są ferie jesienne, nie masz zadań domowych-rzekła z sarkazmem mama. 
-No popatrz! Nie wiedziałam...-zaśmiałam się panicznie. 
Rodzicielka machnęła ręką na moje wymówki i zaprowadziła mnie do łazienki. 
-Mamo, przecież mówiłam ci, że opatrzyłam je! Jest OK!-wyrywałam się. 
Kobieta nie zwracała uwagi na to, że rany są w świetnym stanie i nie docierało do niej, że nie mam sześciu lat i umiem się sobą zająć, a konkretniej James się umie mną zająć. 
Rodzicielka chwyciła za gaziki i wodę utlenioną i zaczęła przemywać ranę na brwi. Potem zajęła się okiem i nosem. 
-Gdzie jeszcze oberwałaś?-zapytała z minimalną złością. 
Wskazałam na rękę. Zdjęłam bluzę i okazałam w pełni opuchnięte ramię. Mama pokręciła głową i dokładnie oczyściła skórę. Kiedy już skończyła rzekła: 
-To powiesz mi kto to zrobił?
-Nie uwierzysz mi. Ty nigdy mi w nic nie wierzysz...-szepnęłam, ale na tyle głośno aby to usłyszała. 
-Przysięgam, wysłucham cię i uwierzę.-mówiąc to, trzymała rękę na sercu. 
-Eh...-westchnęłam.-To... Lewis... 
Mama zamarła w bezruchu, a po chwili zignorowała mnie i moje wyznanie. 
-Wypiorę ci tą bluzę...-rzekła ni z gruszki, ni z pietruszki. 
Chwyciła za część ubioru, ale nie wrzuciła go do pralki. Przybliżyła bluzę do nosa i wciągnęła zapach. 
-Pachnie...-zaciągnęła się jeszcze raz.-Męskimi perfumami! Kto u ciebie był!? Gadaj!
-Nikt!-ponownie skłamałam. 
-Nie bredź! Mów, kto u ciebie był i co robiliście sami w pokoju?!-krzyczała mama. 
-No mówię ci, że nikogo nie było!-wrzasnęłam w odpowiedzi. 
Kobieta zamyśliła się i w chwili doznała olśnienia. 
-Alex! To Alex cię tak urządził, a ty zwaliłaś winę na Lewisa! Wiedziałam, że ten chłopak to pasożyt! Nie chcę go tu widzieć! Słyszysz? Ma zakaz wstępu i zabraniam ci się z nim spotykać!
-Co?!-słuchałam tego w wielkim zaskoczeniu. Nie sądziłam, że moja mama jest tak kreatywna! 
-To co słyszysz! Czy zrobił ci coś jeszcze, no wiesz...-dopytywała się kobieta. 
-Mamo!!! Czy możesz mnie posłuchać?! To nie Al! To Lewis!-krzyczałam bez opamiętania. 
-Teraz to przegięłaś! Masz szlaban na wszystko!-odpowiedziała rodzicielka. 
-Ale... 
-Koniec dyskusji! Do pokoju!-zażądała. 
Przygryzłam wargę i uciekłam do siebie. Usiadłam ciężko na łóżku i uderzyłam głową o poduszkę. Ten padalec mnie pobił, a ona mi nie wierzy? Skończyło się, postanowiłam udać się na tak zwany ,,spacer". Podniosłam zadek i zajrzałam do szafy. W jej głębinach odnalazłam torbę i władowałam do niej co tylko wpadło mi w ręce: ubrania, szczotkę, chusteczki, frotkę, poduszkę, bieliznę, krem, jakieś resztki jedzenia, wodę i całe moje kieszonkowe czyli pięćdziesiąt złotych. Z trudem zapięłam zamek i ponownie zajrzałam do garderoby. Włożyłam na siebie kurtkę, czapkę, kozaki, getry i ciepłe skarpetki. Otworzyłam okno i wyrzuciłam torbę. Spadła z hukiem na trawnik. Przyszła kolej na mnie. Powoli usiadłam na parapecie i spojrzałam w dół. Dwa piętra. Czy ja w ogóle to przeżyję? Cóż, nie miałam nic do stracenia. Zsunęłam zadek i skoczyłam... 
*****
Jeśli przeczytałeś, zostaw komentarz i oceń moją pracę :) Pozdrawiam ciepło wszystkich czytelników i dziękuję za 115 wyświetleń!