Minęło pięć dni. Pięć okropnych, ciężkich, złych, zimnych dni, które spędziłam u boku Ean'a. Chłopak dzielnie mnie wspierał. Zawsze miałam co jeść i nigdy nie czułam smutku, ponieważ kiedy on widział, że coś nie tak, siadał obok mnie i rozmawialiśmy przez wiele godzin. Miałam okazję go lepiej poznać i dowiedzieć się smaczków na jego temat np. że ma tatuaż. A Alex? Napisał mi jedynie SMS'a, w którym ze mną zerwał. Palant! Nie przeżyłam tego jakoś emocjonalnie, a moją jedyną reakcją było pokazanie fuck'a do telefonu. Cóż... Życie... Jedni odchodzą, a na ich miejsce pojawiają się inni. Kiedy nastał poranek, dnia szóstego (to brzmi jak rodem z Biblii) znowu odwiedził mnie... James... Zobaczyłam go podczas układania opału na ognisko.
-Co tu robisz?-zapytałam kiedy tylko zobaczyłam jego oblicze.
Chłopak stał jak wryty. Nie poruszył się nawet o milimetr i miałam wrażenie, że przestał nawet oddychać.
-Głuchy jesteś?!-wściekłam się.
W tej właśnie chwili James upadł na ziemię. Wytrzeszczyłam oczy i rozejrzałam się wokoło. Nie mogłam zlokalizować Ean'a, więc sama podbiegłam do trupa. Położyłam głowę chłopaka na swoich kolanach i zlustrowałam go wzrokiem. Wyglądał tak jak ja, po pobiciu przez Lewisa. Miał pokiereszowaną twarz i zdartą skórę na rękach i nogach.
-Boże, kto cię tak urządził?-zapytałam z przerażeniem, nie licząc na odpowiedź.
Powoli wstałam i zaczęłam biec w stronę małego źródełka, które wraz z Ean'em odkryliśmy dwa dni temu. Oderwałam kawałek rękawa i zmoczyłam go w wodzie. Wstałam, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Nie wiedziałam co zrobić. Obmyje tylko powierzchowne rany, ale co jeśli James ma obrażenia wewnętrzne? Czy mu nie zaszkodzę? A może mam mu zrobić reanimację? Westchnęłam. Spuściłam głowę i popatrzyłam na trawę. Była uschnięta i pożółkła, jak zwykle jesienią bywa. Odgarnęłam włosy i podniosłam głowę ku niebu. Liczyłam na jakieś natchnienie, ale takowego nie uzyskałam. Otrząsnęłam się i zaczęłam iść w stronę James'a. Kiedy znalazłam się przy nim zobaczyłam, że z jego ręki wystaje jakiś... drut... Otworzyłam buzię i zrobiłam minę przerażonego żółwia. Złapałam się za czoło i zaczęłam dreptać w miejscu. Teraz to miałam problem. Pręt? Serio?! O losie...
-Marissa...-usłyszałam cichy szept.
W chwili przestałam chodzić i klęknęłam przy chłopaku.
-Tak?-zapytałam ochrypłym głosem.
James próbował usiąść, ale jego zmagania zakończyły się niepowodzeniem, a także bólem.
-Musisz uciekać...-rzekł niezwykle poważnie chłopak.
-Co ty gadasz?-zdziwiłam się.-Potrzebujesz pomocy, a ja jestem w stanie ci jej udzielić. Nie bój się, nie zostawię cię.
Powiedziawszy to zaczęłam przemywać jego twarz namoczonym rękawem. Kiedy spostrzegłam, że ,,gaza" jest już prawie sucha chciałam ją ponownie namoczyć. Odwróciłam się i zaczęłam wstawać, ale James chwycił mnie za nadgarstek. Obróciłam głowę w jego stronę, a przed oczyma ujrzałam tak okropny widok, że łzy same zaczęły płynąć po policzkach. James był blady i wyzionęło z niego życie. Miał przekrwione oczy, a ich błękitny kolor poczerniał. Usiadłam obok niego i zaczęłam gładzić po włosach. Sama nie wiedziałam czemu to robię. Po prostu doznałam jakiegoś instynktu i nie mogłam tego nie uczynić. Miałam wrażenie, że tym prostym gestem mu pomogę.
-Marissa...-powiedział strasznie suchym głosem.
-Tak?-szepnęłam ocierając łzę.
Mimo że nie przepadałam za nim, mimo że przyczynił się do zrujnowania mi życia, mimo że był skończonym dupkiem miałam u niego dług. Wtedy, tydzień temu pomógł mi kiedy zostałam pokiereszowana. Musiałam mu się odwdzięczyć. Nagle po mojej prawej stronie znalazł się Ean. Spojrzałam na niego zapłakanymi oczyma, a on przykucnął i pogładził mnie po policzku. Mam wrażenie, że przez te sześć dni, które spędziliśmy, zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Chłopak nie był mi już obcy, ale czułam jak byśmy znali się od zawsze. Odsunęłam się od trupa i stanęłam na równe nogi. Ean zaczął lustrować go wzrokiem.
-James?-nie dowierzał.
Zdziwiłam się.
-To wy się znacie?-rzekłam zimno.
-Tak się jakoś złożyło-zażartował chłopak, ale mimo to był bardzo poważny.
Jeszcze raz rzucił okiem na ofiarę, a jego wzrok zatrzymał się na ręce, w której tkwił pręt.
-O cholera!-krzyknął.-Marissa, będziesz potrzebna.
Otrząsnęłam się i spojrzałam na Ean'a spode łba.
-Ty mówisz serio?-nie mogłam uwierzyć jego słowom.
Chłopak ciężko wypuścił powietrze z płuc.
-Tak, idź po wodę i przynieś z torby coś czym można zakleić te rany-zażądał.
Nie czekając na nic pobiegłam na miejsce zakwaterowania i zaczęłam przeszukiwać tobół. Gdzieś w głębi odnalazłam chustkę, jakiś sznurek i trochę papieru toaletowego. Biegiem wróciłam tam gdzie leżał James i położyłam ekwipunek na trawie.
-Teraz posłuchaj mnie uważnie!-powiedział stanowczo Ean.-Musisz wyciągnąć ten metalowy drut.
-Oszalałeś?!-wrzasnęłam.
-Nie, jestem w pełni rozumu. Mar, proszę! Choć raz mnie posłuchaj.-rozkazał.
-Przecież zawsze cię słucham!-obruszyłam się.
Ean, zezłościł się. Widać, że nie była to odpowiednia pora na jakiekolwiek żarty. Widząc jego minę okazałam skruchę i rzekłam niepewnie:
-Czy ty naprawdę uważasz, że ja to mogę zrobić?...
-Tak, jestem pewny!-rzekł z werwą.-Spokojnie ja będę ci pomagał.
Zamilkłam. Zaczęły trząść mi się ręce i nogi były jak z waty.
-Ale czemu ty tego nie zrobisz? Jesteś silniejszy i w ogóle jesteś bardziej odpowiedni...-próbowałam go przekonać, ale on posłał mi jedynie wściekłe spojrzenie, przez które skończyłam dyskusję.
Przykucnęłam obok truposza i spojrzałam na Ean'a.
-Co mam robić?-zapytałam przełykając gulę.
-Złap za pręt-rozkazał.
Chwyciłam za drut, a James wrzasnął.
-Boże, przepraszam!-zaszlochałam.
-Jest ok...-szepnął chłopak.
Odetchnęłam. Przesunęłam ręce niżej, a tyle nisko aby łatwiej mi było go wyjąć, ale nie za blisko aby nie dotykać skóry.
-Dobrze, Mars. Teraz zaprzyj się nogami.-rzekł ze zmartwieniem Ean.
Spojrzałam na niego, a gęba opadła mi wnet do ziemi.
-Co mam zrobić?!-zapytałam sarkastycznie.
Ean poprawił grzywkę i ponownie powiedział:
-Zaprzyj się nogami. Rób jak mówię, proszę.
Serce biło mi jak oszalałe. Kończyny się spociły, a źrenice zwęziły.
-Posłuchaj, musisz jednym zamaszystym ruchem wyciągnąć drut, wyrzucić za siebie i włożyć ręce w ranę, bo sam nie dam rady zatamować krwawienia. Dasz radę?-powiedział z trwogą mój przełożony.
-A mam wyjście?-rzekłam łamliwym głosem.
Ean wziął w ręce chustę i papier.
-Na trzy!-krzyknął.-Raz...
Ręce trzęsły mi się jak galareta.
-Dwa...
Miałam wrażenie, że padnę na zawał i wtem:
-Trzy!
Zamaszyście wyciągnęłam pręt, a James krzyknął przeraźliwie. Zachwiałam się i ścisnęłam mocniej drut, który sterczał w moich kikutach. Przypomniałam sobie, że Ean kazał sobie pomóc więc odłożyłam pręt delikatnie jakby był to co najmniej diament i zaczęłam wkładać ręce do dziury w ręce chłopaka. Krew lała się ze wszystkich stron.
-Jezusie, on się wykrwawi!-krzyknęłam w strachu.
Rozejrzałam się. Swój wzrok zatrzymałam na Ean'ie licząc, że coś na to zaradzi, ale on puścił ręce i wstał.
-Co ty robisz?!-zdziwiłam się niemiłosiernie.
W chwili James zrobił się blady. Z jego oczu zaczęła płynąć krew, a palce robiły się sine. Nie rozumiałam z tego nic. Przecież rana James' a nie była aż tak bardzo duża, żeby doprowadzić do śmierci w tak krótkim czasie. Powinno to zająć co najmniej kilka godzin, a nie kilka sekund.
-Ean!-zawołałam.
Chłopak wpatrywał się w truchło martwym wzrokiem.
-To metal-wypalił.
-Co?!-miałam wrażenie, że się przesłyszałam.
-Metal. Srebro. Dla niego nie ma ratunku. Jeśli drut siedział więcej niż pięć minut, nie ma co go ratować-szepnął.
Otarłam pot z czoła i mocniej wsadziłam palce.
-O co ci chodzi? Jakie srebro!? On przeżyje! Niemożliwe żeby zabił go pręt! Nie rób sobie żartów-paplałam w panice.
Nagle Ean chwycił mnie za ręce i zaczął oddalać od rany.
-Zwariowałeś?!-krzyknęłam.-Puść mnie.
Wyrwałam się i docisnęłam żyłę. Zmęczenie i skurcze rąk dawały się we znaki.Palce mi drętwiały, a koniuszki robiły się szare. Mimo to, trzymałam dalej. Ean widząc mój wysiłek przycupnął obok mnie i dotknął mojego policzka. Obrócił moją głowę w swoją stronę i spojrzał mi w oczy.
-Marissa, wiem co mówię. On nie wytrzyma tego. To metal. Srebro. Ono go uśmierca. Daj mu odejść...-szepnął chłopak.
Zastygłam. Nie wiedziałam czy mam go posłuchać, czy może postawić na swoje?
-O co ci chodzi z tym metalem?!-krzyknęłam przez płacz.
Ean'owi zabrakło tchu.
-Zaufaj mi... Proszę...-mówił ciepło chłopak.
Moje ręce nadal były w dziurze. Po moim policzku spłynęła strużka. Była to łza bezradności. Spojrzałam na James'a. Wyglądał jak trup. Zadecydowałam i po chwili zaczęłam wyciągać dłonie z rany. Kiedy moje purpurowe kończyny znalazły się na powierzchni, położyłam je na klatce James'a. Serce przestało bić. Chłopak był wnet biały, a krew skrzepła. Na swoim ramieniu poczułam dłoń.
-Tak będzie lepiej...-rzekł smętnie Ean.
-Tego nie wiesz...-odrzekłam cicho.
Zapadła cisza. Wciąż siedziałam zapłakana przy chłopaku, licząc, że jego pikawa zacznie swoją robotę. Kiedy po wielu minutach tak się nie stało, postanowiłam opuścić ciało. Ostatni raz dotknęłam włosów chłopaka i wstałam. Patrzałam z góry na pokiereszowane truchło, a serce ściskało mi się jak gdyby ktoś związywał je sznurem. Wszystko stało się tak szybko. Śmierć... Czy to wszystko jest prawdą? Może śnię?! Niestety... To koniec...Nagle stało się coś co zaprzeczyło wszystkim moim wierzeniom i przekonaniom. Coś co zmieniło mnie na zawsze...
****
Przeczytałeś? Zostaw komentarz! To motywuje i daje pozytywnego kopniaka do działania :)
Pozdrawiam <3 Tesa