ZANIM PRZECZYTASZ!
Ten post, jest ostatnim postem w tym roku, więc pragnę życzyć Wam, moim drogim czytelnikom, zdrowia, szczęścia, miłości, weny i motywacji, a także miliona wyświetleń na waszych blogach oraz szczęśliwego 2016 roku. Gorąco pozdrawiam wszystkich i dziękuję, że wbiliście 400 wyś. Jestem z Was dumna :)
*****
-No cześć!-usłyszałam radosny głos James'a.
W jednej sekundzie odsunęliśmy się od siebie i każdy odwrócił wzrok. James usiadł uśmiechnięty między nami i popatrzył na mnie. Ukryłam twarz pod kłębem włosów. Chłopak skrzywił się i rzekł:
-Musisz się wykąpać...
To fakt. Nie myłam się od tygodnia i śmierdziałam jak gówno.
-Niby jak mam to zrobić?-zapytałam wnerwiona.
James zamyślił się.
-Gdzieś tu widziałem pompę wodną...-ciągnął.-Chodź to ci pokażę.
Spojrzałam na błyszczący księżyc.
-Okej. Tylko rano. Jestem wykończona-udałam ziewnięcie.
-J-jasne...-szepnął chłopak.
Wstałam i odeszłam klifu. Chwyciłam koc i ponownie rozłożyłam go na ziemi. Położyłam się i rzekłam:
-Dobranoc...
Było twardo i zimno. Mimo to kilka minut później zasnęłam.
*****
Śniła mi się Lea. Nie był to ten sam sen, który prześladował mnie już 3 lata, lecz inny, wyjątkowy. Dziewczyna stała naprzeciw mnie i mówiła.
-Marissa... Posłuchaj mnie kochana!
Stałam, a łzy lały się strugami. Leana miała nadal trzynaście lat i odziana była w to samo kiedy widziałam ją po raz ostatni.
-Wiem, że poznałaś już Ean'a i James'a. To dobrze... Mimo to nie znasz całej prawdy.
Otarłam łzy i zdziwiłam się. Ten sen był tak rzeczywisty, tak wzruszający, tak prawdziwy...
-Chłopacy ukrywają coś przed tobą. Musicie wrócić tu: do Sevelli. Kiedy już tam dotrzesz poznasz swoje przeznaczenie. Na razie mogę powiedzieć ci tylko tyle: czeka cię walka...
W tym momencie obudziłam się zlana potem i przerażona. Krzyknęłam i rozejrzałam się wokół. James i Ean jeszcze spali. Rękawem wytarłam morze wody z czoła i po cichu wstałam z kocyka. Przeciągnęłam się, a na swoich plecach poczułam promienie jesiennego słońca. Były ciepłe i przenikały mnie. Zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się. Po chwili spojrzałam w górę. Ranna gwiazda wskazywała godzinę ósmą. Postanowiłam udać się na przechadzkę w poszukiwaniu jedzenia. Zaczęłam iść głębiej w las. Szłam po wydreptanej dróżce, a zewsząd otaczały mnie drzewa i krzewy. Woń, którą wydzielały działała jak zastrzyk adrenaliny lub dobra kawa. Nagle kilkanaście metrów dalej ujrzałam polanę przepełnioną jakimiś czerwonymi owocami. Biegłam w ich stronę, jakby były one bóstwem. Kiedy w po kilku sekundach dotarłam do życiodajnej polany mogłam bliżej przyjrzeć się owocom. Truskawki!!! Chyba jeszcze nigdy w życiu nie cieszyłam się tak na głupie truskawy! Zbierałam je tak łapczywie, że niektóre z nich uszkodziłam, a niektóre zjadłam. Mimo to owoców nie ubywało. Kiedy ukradłam ich już kilogram, wróciłam do bazy krokiem tak lekkim i tak zwiewnym, iż myślałam, że zaraz pofrunę. W końcu dotarłam na miejsce zakwaterowania, ale widok jaki ujrzałam odebrał mi mowę.
*****
-Gdzie ona jest?!-wrzeszczał jakiś paker jednocześnie potrząsając James'em.
-Nie wiem! Odwal się!-krzyknął chłopak.
Wyrwał się z objęć napastnika i przyjął postawę obrony. Mężczyzna złapał za szyję Ean'a i ponownie zapytał:
-Gdzie ona jest!?
Chłopak robił się fioletowy, a kończyny mu bielały.
-Skąd mam wiedzieć?!-odpowiedział i cudem wyrwał się z kolosalnych łap potwora.
Schowałam się za drzewem, a mój oddech gwałtownie przyśpieszył. Ręce pokrył pot, a oczy przesłonił strach. Spojrzałam na gałęzie wystające z pnia. Chwyciłam za jedną z nich i mocno pociągnęłam aż drewno pękło, a w mojej dłoni zalazł się badyl. Przejechałam palcem po korze. Była szorstka i twarda. Ostatecznie zacisnęłam ręce na kiju i wychyliłam się zza osłony. Monstrum nadal znęcało się nad chłopakami. Zaczęłam cicho dreptać w stronę przeraźliwego obrazka. Ean spostrzegł mnie. Subtelnie pokręcił głową i zrobił minę tak przestraszoną, jak Lilka kiedy po raz pierwszy ujrzała jeża. Kroczyłam coraz to wolniej licząc, że mężczyzna zniknie. Po chwili spostrzegłam się, że widzi mnie również James i wykonuje dziwne ruchy rękoma. Wywijał nimi jak moja mama na weselu. Zatrzymałam się i uniosłam brew. Wywijasy chłopaka trochę mnie rozbawiły, ale zrozumiałam, że właśnie w ten sposób daje mi wskazówki jak pokonać zmorę. Pokazałam kciuk, a James dotknął swoją głowę.
-Co ty wyprawiasz?!-rzekła postać, a jej głos przyprawił mnie o drżenie.
Mimo strachu zamachnęłam się i walnęłam potwora kijem w czaszkę. Usłyszałam chrupot, a po chwili monstrum znikło.
-Ty go zabiłaś...-nie dowierzał Ean.
Stałam jak wryta wciąż w postawie obronnej. Upuściłam kij i zrobiłam szarmancką minę.
-No pewnie... Myślałeś, że nie dam rady?-mówiłam niskim tonem co chwila poprawiając niesforną grzywkę.
Chłopacy zaśmiali się, a już po sekundzie tkwiliśmy w jednym grupowym uścisku.
-Dobra, koniec żartów.-rzekłam i wyrwałam się z objęcia.-Co to było?
Cisza.
-Co to było?
Ponownie cisza.
-CO TO BYŁO!!!!!
Ean delikatnie się odsunął.
-To nasz odwieczny wróg, a raczej jego wysłannik.-powiedział James.-To z jego powodu tu jesteśmy...
I właśnie tego oczekiwałam.
-Czyli uciekliście?-zapytałam nieśmiało.
Chłopak westchnął.
-Nie mieliśmy wyjścia.-znów zaczął nerwowo dreptać w miejscu.-Wszyscy ginęli... To była jakaś masakra... Wszędzie srebro... Metal... I oni!
-Jacy oni?-zdziwiłam się.
-To Mgły...-wtrącił się Ean.
Chłopacy spojrzeli po sobie.
-Usiądźmy...-rzekłam i wskazałam trzy głazy.
-Jasne-szepnął James i usiadł na jednym z nich.
Uczyniłam to samo. Zapadło krępujące milczenie.
-Błagam was-zaczęłam-powiedzcie mi wszystko. Nie lubię tajemnic i niewiedzy. Proszę...
Zrobiłam swoje maślane oczka. Widoczne było, że ich to urzekło.
-Okej... -westchnął James.-Mgły to potwory zrobione z samego zła. Jedno dotknięcie, a giniesz. Dotyczy to wszystkich, prócz dusz-tu wskazał Ean'a i siebie.-Znają one sposoby na uśmiercenie wszystkiego co żyje.
-W tym także was, tak?-powiedziałam.
-Tak... Ale my nie żyjemy. Przecież wiesz. Ale cóż, konkrety-przeczesał dłonią włosy.-W ich mrocznej krainie produkuje się broń, trucizny i srebro. W sumie to ich jedyne zajęcie. Pragną zniszczyć wszystko i niestety udaje im się to.
-Pozostały jedynie dwa światy. Ten twój i nasz. Prawie...-wszedł w słowo Ean.
Spojrzałam na nich ponuro. Rozumiałam ich ból po stracie czegoś na czym bardzo nam zależy. W końcu opuściła mnie Leana... i tata.
-Przykro mi...-odpowiedziałam.
-To nic-szepnął James.- Tak już jest. Nie wiemy co się tam teraz dzieje. Może tego już nie ma... Może to koniec?
Chłopak schował twarz w dłoniach i zaczął szlochać.
-Przybyliśmy na ziemię żeby odnaleźć drużynę, która zdoła pokonać Mgłę.
-Na ziemi?!-krzyknęłam z podziwem.
-Tak, właśnie tu.-odrzekł Ean.
I znowu ta okropna cisza.
-Ty masz być jej kapitanem-wypalił nagle James.
-Ja?!-zdziwiłam się.
-Tak, ty nas uratujesz.-chłopak spojrzał w dal.-Wierzę w to...
środa, 23 grudnia 2015
niedziela, 13 grudnia 2015
Rozdział VIII ,,Klify"
Zbliżał się wieczór. Nadchodził ciężkim krokiem zrzucając swój ciemny płaszcz. Gwiazdy migotały, a księżyc patrzył na mnie swymi srebrnymi oczyma. Leżałam na trawie, która muskała moją bladą skórę. Przypomniał mi się pamiętny wieczór kiedy wraz z Leaną pojechałyśmy na biwak, właśnie tu-do lasu Lizzo. Rozbiłyśmy namioty i próbowałyśmy rozpalić ognisko. Przez pół godziny szukałyśmy zgubionego krzesiwa, które Lea miała schowane w kieszeni. Nie wiedziałyśmy o tym więc postanowiłyśmy wykorzystać stare metody: dwa patyki. Tarłam nim tak długo, że na palcach zrobiły mi się odciski. Siedziałyśmy smutne, skamieniałe od zimna i o pierwszej w nocy wróciłyśmy do domu. Ach... Stare czasy... Najlepsze w moim życiu. Nagle do oczu zaczęły napływać mi łzy. Uświadomiłam sobie jak bardzo brakuje mi Leany. W takich momentach zazwyczaj kopała mnie w zadek, a ja się śmiałam. Próbowałam sobie ją przypomnieć. Uśmiechniętą, ubraną w dresy i obcisłą bluzkę, potarganą, ale szczęśliwą, lecz...nie potrafiłam. Całkiem już zapomniałam jak wyglądała. Myślałam, że nigdy się tak nie stanie. Niestety...
-Coś nie tak?-zapytał Ean, który leżał plackiem obok mnie.
Otarłam rękawem łzy i rzekłam:
-Jest okej. Tak myślę...
Chłopak spojrzał w niebo. Głęboko westchnął i zamknął oczy próbując sobie coś przypomnieć.
-Jak tam jest?-wypaliłam wyrywając go z labiryntu pamięci.
-Ale gdzie?-dopytał.
Palcem wskazałam niebo. Ean zaśmiał się, ale jego entuzjazm szybko zgasł. Miałam wrażenie, że coś musiało się tam stać. Coś co sprawiło, że teraz chłopacy mają spore problemy...
-Tęsknie za tym miejscem...-powiedział jak typowy marzyciel.
Posłałam mu słaby uśmiech, a on go odzwierciedlił.
-Czy tam są wszyscy, którzy zmarli?-zapytałam ogromnie licząc na potwierdzenie.
-A szukasz kogoś konkretnego?-zachichotał Ean.
Przygryzłam wargę i popatrzyłam na małe znamię, które odziedziczyłam po tacie.
-Nie...-rzekłam.-Tak tylko pytam.
Nie chciałam poczuć zawodu, słysząc, że tak naprawdę tata jest gdzieś gdzie nikt nie ma dostępu i nigdy go nie zobaczę.
-Chcesz wiedzieć coś jeszcze?-rzekł Ean mając nadzieję, że wywiad się skończy.
-Tak! Wiele rzeczy...-tryb wścibska Marissa: aktywacja.
Chłopak wywrócił oczyma, ale był to gest przyjazny, służący rozbawieniu mnie.
-W takim razie, słucham.
Zamyśliłam się. O co mogłam zapytać duszę?...
-Jak i kiedy umarłeś?-wypaliłam.
Trafiłam w czuły punkt. Ean odwrócił wzrok i prawie przestał oddychać.
-Przepraszam...-odwróciłam wzrok na znak skruchy.
Zrobiło się mi go szkoda.
-Może usiądziemy tam?-rzekł i wskazał klif wysokości kilkuset metrów.
Kurde. Propozycja wspaniała, ale co jeśli spadnę? Postanowiłam jednak zaufać Ean'owi i razem zaczęliśmy dreptać w stronę przepaści.
*****
Widok roztaczający się z góry był OSZAŁAMIAJĄCY! Cudowna lazurowa woda delikatnie szumiała, a piaszczysta plaża błyszczała w świetle księżyca. Wiała delikatna bryza. Powoli usiadłam na krańcu klifu i westchnęłam. Poprawiłam kaptur i popatrzyłam w dół. Momentalnie zrobiło mi się słabo, a w głowie kręciło się niczym w kołowrotku. Chwilę później przy mnie znalazł się Ean.
-W takim razie zacznijmy od początku-mówił chłopak.- Jestem tak zwanym ,,świeżakiem", ponieważ umarłem jakieś dziesięć lat temu.
Słuchałam każdego jego słowa z ogromnym poruszeniem i chęcią wsparcia.
-Miałem wypadek samochodowy. Opuściłem żonę.
Tu mnie zatkało. Żonę? To ile on ma lat?!
-Była suką. Zdradzała mnie i nie kochała. Miała mnie głęboko w dupie, a moja śmierć... cóż...
Oparłam brodę na ręce.
-Rozumiem. Ile masz lat?
Ean parsknął śmiechem.
-Czterdzieści-odparł.
Szczena opadła mi do samej ziemi.
-No... W takim razie nieźle się trzymasz...-pokiwałam głową i uszczypnęłam go w policzek.
Chłopak chwycił mnie za rękę i uśmiechnął się swoim zniewalającym uśmiechem. Jego blond czuprynę rozwiewał wiatr, a w świetle księżyca magiczne tęczówki stały się ciemnoseledynowe. Spojrzałam mu prosto w oczy, a serce podskoczyło w górę. Ciężko przełknęłam ślinę wciąż patrząc na chłopaka. Zapadła chwila ciszy, która w moim odczuciu trwała wieki.
-Marissa...-szepnął.
-Tak?-zapytałam równie cicho.
Ean dotknął dłonią mojego policzka. Jego ręka była ciepła i gładka.
-Nie powinieneś flirtować z młodszą od siebie o dwadzieścia lat...-rzekłam udając nauczycielkę.
Chłopak uśmiechnął się i...
-Coś nie tak?-zapytał Ean, który leżał plackiem obok mnie.
Otarłam rękawem łzy i rzekłam:
-Jest okej. Tak myślę...
Chłopak spojrzał w niebo. Głęboko westchnął i zamknął oczy próbując sobie coś przypomnieć.
-Jak tam jest?-wypaliłam wyrywając go z labiryntu pamięci.
-Ale gdzie?-dopytał.
Palcem wskazałam niebo. Ean zaśmiał się, ale jego entuzjazm szybko zgasł. Miałam wrażenie, że coś musiało się tam stać. Coś co sprawiło, że teraz chłopacy mają spore problemy...
-Tęsknie za tym miejscem...-powiedział jak typowy marzyciel.
Posłałam mu słaby uśmiech, a on go odzwierciedlił.
-Czy tam są wszyscy, którzy zmarli?-zapytałam ogromnie licząc na potwierdzenie.
-A szukasz kogoś konkretnego?-zachichotał Ean.
Przygryzłam wargę i popatrzyłam na małe znamię, które odziedziczyłam po tacie.
-Nie...-rzekłam.-Tak tylko pytam.
Nie chciałam poczuć zawodu, słysząc, że tak naprawdę tata jest gdzieś gdzie nikt nie ma dostępu i nigdy go nie zobaczę.
-Chcesz wiedzieć coś jeszcze?-rzekł Ean mając nadzieję, że wywiad się skończy.
-Tak! Wiele rzeczy...-tryb wścibska Marissa: aktywacja.
Chłopak wywrócił oczyma, ale był to gest przyjazny, służący rozbawieniu mnie.
-W takim razie, słucham.
Zamyśliłam się. O co mogłam zapytać duszę?...
-Jak i kiedy umarłeś?-wypaliłam.
Trafiłam w czuły punkt. Ean odwrócił wzrok i prawie przestał oddychać.
-Przepraszam...-odwróciłam wzrok na znak skruchy.
Zrobiło się mi go szkoda.
-Może usiądziemy tam?-rzekł i wskazał klif wysokości kilkuset metrów.
Kurde. Propozycja wspaniała, ale co jeśli spadnę? Postanowiłam jednak zaufać Ean'owi i razem zaczęliśmy dreptać w stronę przepaści.
*****
Widok roztaczający się z góry był OSZAŁAMIAJĄCY! Cudowna lazurowa woda delikatnie szumiała, a piaszczysta plaża błyszczała w świetle księżyca. Wiała delikatna bryza. Powoli usiadłam na krańcu klifu i westchnęłam. Poprawiłam kaptur i popatrzyłam w dół. Momentalnie zrobiło mi się słabo, a w głowie kręciło się niczym w kołowrotku. Chwilę później przy mnie znalazł się Ean.
-W takim razie zacznijmy od początku-mówił chłopak.- Jestem tak zwanym ,,świeżakiem", ponieważ umarłem jakieś dziesięć lat temu.
Słuchałam każdego jego słowa z ogromnym poruszeniem i chęcią wsparcia.
-Miałem wypadek samochodowy. Opuściłem żonę.
Tu mnie zatkało. Żonę? To ile on ma lat?!
-Była suką. Zdradzała mnie i nie kochała. Miała mnie głęboko w dupie, a moja śmierć... cóż...
Oparłam brodę na ręce.
-Rozumiem. Ile masz lat?
Ean parsknął śmiechem.
-Czterdzieści-odparł.
Szczena opadła mi do samej ziemi.
-No... W takim razie nieźle się trzymasz...-pokiwałam głową i uszczypnęłam go w policzek.
Chłopak chwycił mnie za rękę i uśmiechnął się swoim zniewalającym uśmiechem. Jego blond czuprynę rozwiewał wiatr, a w świetle księżyca magiczne tęczówki stały się ciemnoseledynowe. Spojrzałam mu prosto w oczy, a serce podskoczyło w górę. Ciężko przełknęłam ślinę wciąż patrząc na chłopaka. Zapadła chwila ciszy, która w moim odczuciu trwała wieki.
-Marissa...-szepnął.
-Tak?-zapytałam równie cicho.
Ean dotknął dłonią mojego policzka. Jego ręka była ciepła i gładka.
-Nie powinieneś flirtować z młodszą od siebie o dwadzieścia lat...-rzekłam udając nauczycielkę.
Chłopak uśmiechnął się i...
poniedziałek, 7 grudnia 2015
Rozdział VII ,,Prawda"
Z moich rąk wystrzeliły wiązki światła, które przeszły James'a na wylot. Blask był niewyobrażalnie jasny, więc zamknęłam oczy. Usłyszałam dźwięk pękania, a pod stopami poczułam zimną...wodę! Natychmiastowo otworzyłam paciorki i rozejrzałam się wokoło. Z gleby zaczęła wypływać ciecz przypominająca mocno rozrzedzony kisiel. James unosił się kilka centymetrów nad ziemią. Moje ręce ciągle produkowały wiązki, a ja nie miałam nad tym kontroli. Zaciskałam dłonie w pięści, wycofywałam je, ale to nie pomagało.
-Ean!-krzyknęłam.
Popatrzyłam w niebo. Zauważyłam w dali białego orła, który zbliżał się w moją stronę. Przestraszyłam się, ale nie miałam okazji nawet ruszyć palcem, bo po chwili znalazłam się z nim oko w oko. Ptak patrzył na mnie inteligentnym wzrokiem i dał kilka kroków naprzód. Wydał z siebie skrzek i usiadł na klatce James'a. Przez kilka sekund dreptał nieustająco, a potem wbił pazury w trupa i wyjął z niego... węża. Czarnego wijącego się potwora, który syczał i wypluwał jad. Nie mogłam uwierzyć w to co ujrzałam. Orzeł ostatni raz posłał mi swoje mądre spojrzenie i zatrzepotał skrzydłami. Zaczął odlatywać, a po chwili znikł jak para wodna. Glutek, który muskał moje nogi ponownie wtapiał się w ziemię, a James powoli opadał. Moje dłonie stały się zimne i przeszył mnie okropny dreszcz. Zauważyłam, że mimo iż nie było wietrznie włosy falowały jakbym stała na szczycie ogromnej góry. Niespodziewanie wszystko znikło. Wiązki, sztuczny wiatr, który wiatrem nie był i kisiel. Stałam jak wryta.
-Co to ku..a miało być?!-rzekłam sama do siebie.
Złapałam się za głowę i opadłam na kolana. Wpatrywałam się w dal nie wiedząc co począć. W uszach mi szumiało, a oczy przesłaniała mgła. Miałam wrażenie, że zaraz dostanę ataku serca, astmy i wszystkiego co popadnie.
-Jezusie...-usłyszałam głos za sobą.
Odwróciłam przerażony wzrok i ujrzałam Ean'a. Wstałam z ziemi i przytuliłam go tak mocno, że na sekundę nie mógł oddychać. Wtuliłam się w jego bluzę i zaczęłam płakać jak małe dziecko.
-Już dobrze... Spokojnie Marissa...-mówił tym swoim ciepłym, kojącym głosem i jednocześnie gładził moje włosy.
Po chwili usłyszałam kaszel. Oderwałam się od Ean'a i zatrzymałam czerwone od płaczu oczy na James'ie. On...PRZEŻYŁ! Podeszłam do niego i pomogłam mu usiąść. Nagle zakręciło mi się w głowie i runęłam w czarną przepaść mojego umysłu.
*****
-Powiemy jej?
-Hm...
-Ean! Otrząśnij się! Ona musi wiedzieć!
-Nie. Nie jest jeszcze gotowa.
-Ona ma szesnaście lat! Kiedy będzie gotowa?
-Nie wiem, ale jeszcze nie teraz.
-Ean, błagam cię. Ja prawie padłem! Ona mnie ocaliła. Myślisz, że nie odkryje prawdy?
-Nie mnie oceniać.
-Ku..a, Ean! Ja to powiem! Koniec i.... KROPKA.
-Tylko spróbuj, a urwę ci jaja!
*****
Powoli otwierałam oczy. Przesłaniała je mgła, ale byłam w stanie widzieć. Głowa pulsowała, gotowa do wybuchu. Leżałam na kocu. Kilka kroków dalej byłyskały iskierki ognia. Dało się słyszeć szepty chłopaków.
-Budzi się...-rzekł niezwykle mrocznie Ean.
W jego głosie było czuć gniew i poirytowanie. Kiedy już całkiem się ocknęłam usiadłam i przeciągnęłam się jak po dobrej drzemce.
-Ile byłam nieprzytomna?-zapytałam sennie.
-Słucham?-rzekł pytająco James.
Mlasnęłam jak kot i powtórzyłam:
-Ile byłam nieprzytomna?
-Prawie dwa dni...-odpowiedział Ean, grzebiąc patykiem w ognisku.
-Dwa dni!?-krzyknęłam.
James przyłożył palec do ust.
-Bądź cicho, bo przywołasz drapieżniki.
Wysłuchałam jego rozkazu i spojrzałam na Ean'a. Chłopak ciągle podniecał płomień, a wyraz jego twarzy był iście straszny i... wściekły. Powoli podniosłam zadek z kocyka i strzepnęłam kurz ze spodni. Wzięłam głęboki oddech.
-No dobra. Było miło, ale się skończyło.Gadać, o co w tym wszystkim chodzi?-rzekłam z niesamowitym spokojem w głosie.
Ean w jednej chwili przestał bebrać się z ogniskiem i zastygł. James spoglądnął na mnie, ale wręcz natychmiast odwrócił wzrok. Nerwowo miętolił liść w ręce.
-Nikt nic mi nie powie?-rzekłam, ale mimo to wiedziałam, że nie odpowiedzą mi.
Wywróciłam oczyma i usiadłam na pieńku. Założyłam nogę na nogę i zrobiłam groźną minę.
-Nie rozumiem o co ci chodzi-powiedział Ean nie patrząc na mnie.
Dostałam mentalnego policzka. Wstałam gwałtownie i podeszłam do chłopaka. Stanęłam dosłownie kilka milimetrów od niego i spojrzałam wzrokiem tak wściekłym, że miałam ochotę wydrapać mu oczy (tak wiem, niekiedy mogę wydawać się trochę niestabilna emocjonalnie, ale spokojnie, robiłam badania i jest OK). Ean odsunął się i spuścił wzrok. Widząc jego załamanie chwyciłam go delikatnie za podbródek. Podniosłam go trochę aby móc spojrzeć mu w oczy. Kiedy to uczyniłam moje serce mocniej mi zabiło i zrozumiałam, że tak naprawdę oszukuję samą siebie. Już od dawna wiedziałam iż nie jesteśmy dla siebie jak przyjaciele. Oboje to wiedzieliśmy, ale żadne z nas nie chciało przyjąć tego do wiadomości. Od pierwszego momentu, od tej je...ej kradzieży byliśmy sobie przeznaczeni. To nie był przypadek... Westchnęłam. Moje mięśnie przestały się spinać, a rozum uspokoił w momencie. Spuściłam smętny wzrok i przestałam podtrzymywać podbródek. Ręce mi opadły, a twarz zrobiła się blada. Odeszłam kilka kroków. Skryłam się za jakimś drzewem i usiadłam jak typowy żul spod Biedry. Poczochrana, poszarpana, załamana. Wtem usłyszałam szybkie kroki. Obok siebie ujrzałam James'a. Chwycił mnie za rękę i podniósł z ziemi. Zaczął mnie za nią ciągnąć. Było dziwnie, ale nie opierałam się, ponieważ siły mnie opuściły.
-Co ty robisz?!-rzekł niskim tonem Ean.
Chłopak podszedł do naszej parki i szybkim ruchem oderwał od siebie.
-Już ci mówiłem. Ona musi wiedzieć!-odpowiedział James tak lekko, jakby było to jego codziennością.
-A ja mówiłem, że urwę ci jaja-powiedział drugi mrużąc wściekle oczy.
-Rób co chcesz. Mi to nie zrobi różnicy i tak jestem martwy!
Po tych słowach włosy stanęły mi dęba, a pikawa przestała pracować.
-Co ty pi.....isz?!-krzyknęłam bez namysłu.
W tym momencie chłopak zrozumiał swoją głupotę i rozdziawił paszczę jak żółw. Chciał coś powiedzieć, ale język mu uciekł do gardła. Zatrzymałam wzrok na Ean'ie. On też miał gębę otwartą na oścież. Patrzyłam to na jednego, to na drugiego, ale żaden nic nie mówił. Nagle James otrząsnął się z transu i złapał się za głowę. Zaczął nerwowo dreptać podczas, gdy Ean wciąż stał jak zaczarowany. W chwili chłopak napiął się i ruszył z pięściami na dreptacza.
-Ty pojebie!!!-krzyknął.-Miałeś zamknąć ryj na kłódkę!
Szczerze mówiąć to pierwszy raz usłyszałam przekleństwo, które wypłynęło z jego ust. Ean uderzył James'a z pięści w szczękę, a ten upadł jak naleśnik na ziemię. Jednakże szybko wstał i odpłacił mu pięknym zanadobne. Zaczęła się walka tytanów. Brakowało jedynie ringu, prowadzącego i tłumu głupich kibiców skandujących imię swojego faworyta. Nie mogłam patrzeć na ich bijatykę, więc wkroczyłam i odciągnęłam ich od siebie.
-Spokój!-wrzasnęłam.
Chłopacy od razu się ogarnęli i stanęli wręcz na baczność.
-Słuchajcie...-zaczęłam rozmowę.-Nie mam już ochoty na tajemnice. Sekrety. Zagadki. To nie dla mnie. Chcę po prostu wiedzieć o co z tym wszystkim chodzi.
Zakończyłam, ponieważ łzy napływały mi do oczu.
-To nie takie proste...-szepnął niespodziewanie Ean.
Spojrzałam na niego, ale on tylko odwrócił się na pięcie i odszedł od całej sprawy. Zawiodłam się na nim. Zrobiłam usta w wąską kreskę i ścisnęłam szczęki, aby się nie popłakać.
-Może ty mi coś powiesz?-zapytałam łzawo James'a.
Chłopak westchnął.
-Dobrze-wypalił nagle.-Powiem ci co zechcesz, ale musisz coś przysiądz.
Zdziwiłam się. Przysięga? Już nic nie pojmowałam...
-Zgoda-przytaknęłam.
James przygryzł wargę i zaczął mówić:
-Co najpierw chcesz wiedzieć?
-Kim jesteś?-odpowiedziałam natychmiast.
Nastała cisza. Tego pytania chłopak obawiał się najbardziej.
-Ja...-urwał.-Ja tak naprawdę nie żyję...
-Jak to? Nie rozumiem...-westchnęłam smutno.
James zaczął wykonywać nerwowe ruch rekoma.
-Czy to musi być takie trudne?!-zapytał siebie.
Nagle do rozmowy dołączył Ean. Usiadł na pieńku, który wcześniej zajmowałam ja i oparł głowę na ręce.
-Już od dawna leżymy w trumnie, urnie czy co tam...-powiedział niezwykle wzruszająco.
-Czyli...-zaczęłam-jesteście aniołami?
James skrzyżował ręce na piersi i rzekł:
-Duszami...Jesteśmy zmarłymi duszami... Czasem schodzimy z góry na ziemię żeby poczuć się jak dawniej albo spełnić misję, którą nam polecono.
Odgarnęła włosy i spojrzałam w niebo. Było ciemne i mroczne.
-Czy tam jest Bóg?-zapytałam.
-Nie. On jest wyżej-odpowiedział mi Ean.-My znajdujemy się między ziemią,a tym całym Królestwem Niebieskim...
James subtelnie się uśmiechnął. Po jego twarzy wywnioskowałam, że przerabiali to więcej niż jeden raz.
Pewnie teraz zastanawiacie się czy im uwierzyłam. Odpowiedź brzmi: tak, uwierzyłam. Dlaczego? Ponieważ wiedziałam już wcześniej, że oni są wyjątkowi. Mimo że wyglądali jak ludzie było w nich coś obcego. Mianowicie : oczy. Były wnet białe. Nikt normalny nie ma takiego koloru paciorków. Poza tym były jeszcze tatuaże, które przedstawiały tego samego orła, który przyleciał kiedy James umierał. Przyjrzałam się dokładnie prawej ręce chłopaka i on również miał znak ptaka na ramieniu.
Ean spojrzał na mnie oczekując na moją ucieczkę lub krzyk, ale ja byłam oazą spokoju.
-Nie boisz się Marissa?-zapytał.
-Nie-odrzekłam stanowczo.-Nie mam czego.
Uśmiechnęłam się.
-W takim razie co jeszcze chcesz wiedzieć?-wypalił nagle James.
Zamyśliłam się.
-Skąd pochodzicie? Gdzie jest to miejsce gdzie trafia się po śmierci?
Chłopak zrobił zabawną minę i zachichotał.
-Jest tam-rzekł i wskazał chmury. Majestatyczne, puszyste obłoki, które były miejscem obiecanym...
_______________________________________________________________
Jak możecie zauważyć w prawym górnym rogu pojawił się SPAM gdzie możecie zostawić swoje reklamy i inne :) Przeczytałeś? Zostaw komentarz! Pozdrawiam Tesa :)
-Ean!-krzyknęłam.
Popatrzyłam w niebo. Zauważyłam w dali białego orła, który zbliżał się w moją stronę. Przestraszyłam się, ale nie miałam okazji nawet ruszyć palcem, bo po chwili znalazłam się z nim oko w oko. Ptak patrzył na mnie inteligentnym wzrokiem i dał kilka kroków naprzód. Wydał z siebie skrzek i usiadł na klatce James'a. Przez kilka sekund dreptał nieustająco, a potem wbił pazury w trupa i wyjął z niego... węża. Czarnego wijącego się potwora, który syczał i wypluwał jad. Nie mogłam uwierzyć w to co ujrzałam. Orzeł ostatni raz posłał mi swoje mądre spojrzenie i zatrzepotał skrzydłami. Zaczął odlatywać, a po chwili znikł jak para wodna. Glutek, który muskał moje nogi ponownie wtapiał się w ziemię, a James powoli opadał. Moje dłonie stały się zimne i przeszył mnie okropny dreszcz. Zauważyłam, że mimo iż nie było wietrznie włosy falowały jakbym stała na szczycie ogromnej góry. Niespodziewanie wszystko znikło. Wiązki, sztuczny wiatr, który wiatrem nie był i kisiel. Stałam jak wryta.
-Co to ku..a miało być?!-rzekłam sama do siebie.
Złapałam się za głowę i opadłam na kolana. Wpatrywałam się w dal nie wiedząc co począć. W uszach mi szumiało, a oczy przesłaniała mgła. Miałam wrażenie, że zaraz dostanę ataku serca, astmy i wszystkiego co popadnie.
-Jezusie...-usłyszałam głos za sobą.
Odwróciłam przerażony wzrok i ujrzałam Ean'a. Wstałam z ziemi i przytuliłam go tak mocno, że na sekundę nie mógł oddychać. Wtuliłam się w jego bluzę i zaczęłam płakać jak małe dziecko.
-Już dobrze... Spokojnie Marissa...-mówił tym swoim ciepłym, kojącym głosem i jednocześnie gładził moje włosy.
Po chwili usłyszałam kaszel. Oderwałam się od Ean'a i zatrzymałam czerwone od płaczu oczy na James'ie. On...PRZEŻYŁ! Podeszłam do niego i pomogłam mu usiąść. Nagle zakręciło mi się w głowie i runęłam w czarną przepaść mojego umysłu.
*****
-Powiemy jej?
-Hm...
-Ean! Otrząśnij się! Ona musi wiedzieć!
-Nie. Nie jest jeszcze gotowa.
-Ona ma szesnaście lat! Kiedy będzie gotowa?
-Nie wiem, ale jeszcze nie teraz.
-Ean, błagam cię. Ja prawie padłem! Ona mnie ocaliła. Myślisz, że nie odkryje prawdy?
-Nie mnie oceniać.
-Ku..a, Ean! Ja to powiem! Koniec i.... KROPKA.
-Tylko spróbuj, a urwę ci jaja!
*****
Powoli otwierałam oczy. Przesłaniała je mgła, ale byłam w stanie widzieć. Głowa pulsowała, gotowa do wybuchu. Leżałam na kocu. Kilka kroków dalej byłyskały iskierki ognia. Dało się słyszeć szepty chłopaków.
-Budzi się...-rzekł niezwykle mrocznie Ean.
W jego głosie było czuć gniew i poirytowanie. Kiedy już całkiem się ocknęłam usiadłam i przeciągnęłam się jak po dobrej drzemce.
-Ile byłam nieprzytomna?-zapytałam sennie.
-Słucham?-rzekł pytająco James.
Mlasnęłam jak kot i powtórzyłam:
-Ile byłam nieprzytomna?
-Prawie dwa dni...-odpowiedział Ean, grzebiąc patykiem w ognisku.
-Dwa dni!?-krzyknęłam.
James przyłożył palec do ust.
-Bądź cicho, bo przywołasz drapieżniki.
Wysłuchałam jego rozkazu i spojrzałam na Ean'a. Chłopak ciągle podniecał płomień, a wyraz jego twarzy był iście straszny i... wściekły. Powoli podniosłam zadek z kocyka i strzepnęłam kurz ze spodni. Wzięłam głęboki oddech.
-No dobra. Było miło, ale się skończyło.Gadać, o co w tym wszystkim chodzi?-rzekłam z niesamowitym spokojem w głosie.
Ean w jednej chwili przestał bebrać się z ogniskiem i zastygł. James spoglądnął na mnie, ale wręcz natychmiast odwrócił wzrok. Nerwowo miętolił liść w ręce.
-Nikt nic mi nie powie?-rzekłam, ale mimo to wiedziałam, że nie odpowiedzą mi.
Wywróciłam oczyma i usiadłam na pieńku. Założyłam nogę na nogę i zrobiłam groźną minę.
-Nie rozumiem o co ci chodzi-powiedział Ean nie patrząc na mnie.
Dostałam mentalnego policzka. Wstałam gwałtownie i podeszłam do chłopaka. Stanęłam dosłownie kilka milimetrów od niego i spojrzałam wzrokiem tak wściekłym, że miałam ochotę wydrapać mu oczy (tak wiem, niekiedy mogę wydawać się trochę niestabilna emocjonalnie, ale spokojnie, robiłam badania i jest OK). Ean odsunął się i spuścił wzrok. Widząc jego załamanie chwyciłam go delikatnie za podbródek. Podniosłam go trochę aby móc spojrzeć mu w oczy. Kiedy to uczyniłam moje serce mocniej mi zabiło i zrozumiałam, że tak naprawdę oszukuję samą siebie. Już od dawna wiedziałam iż nie jesteśmy dla siebie jak przyjaciele. Oboje to wiedzieliśmy, ale żadne z nas nie chciało przyjąć tego do wiadomości. Od pierwszego momentu, od tej je...ej kradzieży byliśmy sobie przeznaczeni. To nie był przypadek... Westchnęłam. Moje mięśnie przestały się spinać, a rozum uspokoił w momencie. Spuściłam smętny wzrok i przestałam podtrzymywać podbródek. Ręce mi opadły, a twarz zrobiła się blada. Odeszłam kilka kroków. Skryłam się za jakimś drzewem i usiadłam jak typowy żul spod Biedry. Poczochrana, poszarpana, załamana. Wtem usłyszałam szybkie kroki. Obok siebie ujrzałam James'a. Chwycił mnie za rękę i podniósł z ziemi. Zaczął mnie za nią ciągnąć. Było dziwnie, ale nie opierałam się, ponieważ siły mnie opuściły.
-Co ty robisz?!-rzekł niskim tonem Ean.
Chłopak podszedł do naszej parki i szybkim ruchem oderwał od siebie.
-Już ci mówiłem. Ona musi wiedzieć!-odpowiedział James tak lekko, jakby było to jego codziennością.
-A ja mówiłem, że urwę ci jaja-powiedział drugi mrużąc wściekle oczy.
-Rób co chcesz. Mi to nie zrobi różnicy i tak jestem martwy!
Po tych słowach włosy stanęły mi dęba, a pikawa przestała pracować.
-Co ty pi.....isz?!-krzyknęłam bez namysłu.
W tym momencie chłopak zrozumiał swoją głupotę i rozdziawił paszczę jak żółw. Chciał coś powiedzieć, ale język mu uciekł do gardła. Zatrzymałam wzrok na Ean'ie. On też miał gębę otwartą na oścież. Patrzyłam to na jednego, to na drugiego, ale żaden nic nie mówił. Nagle James otrząsnął się z transu i złapał się za głowę. Zaczął nerwowo dreptać podczas, gdy Ean wciąż stał jak zaczarowany. W chwili chłopak napiął się i ruszył z pięściami na dreptacza.
-Ty pojebie!!!-krzyknął.-Miałeś zamknąć ryj na kłódkę!
Szczerze mówiąć to pierwszy raz usłyszałam przekleństwo, które wypłynęło z jego ust. Ean uderzył James'a z pięści w szczękę, a ten upadł jak naleśnik na ziemię. Jednakże szybko wstał i odpłacił mu pięknym zanadobne. Zaczęła się walka tytanów. Brakowało jedynie ringu, prowadzącego i tłumu głupich kibiców skandujących imię swojego faworyta. Nie mogłam patrzeć na ich bijatykę, więc wkroczyłam i odciągnęłam ich od siebie.
-Spokój!-wrzasnęłam.
Chłopacy od razu się ogarnęli i stanęli wręcz na baczność.
-Słuchajcie...-zaczęłam rozmowę.-Nie mam już ochoty na tajemnice. Sekrety. Zagadki. To nie dla mnie. Chcę po prostu wiedzieć o co z tym wszystkim chodzi.
Zakończyłam, ponieważ łzy napływały mi do oczu.
-To nie takie proste...-szepnął niespodziewanie Ean.
Spojrzałam na niego, ale on tylko odwrócił się na pięcie i odszedł od całej sprawy. Zawiodłam się na nim. Zrobiłam usta w wąską kreskę i ścisnęłam szczęki, aby się nie popłakać.
-Może ty mi coś powiesz?-zapytałam łzawo James'a.
Chłopak westchnął.
-Dobrze-wypalił nagle.-Powiem ci co zechcesz, ale musisz coś przysiądz.
Zdziwiłam się. Przysięga? Już nic nie pojmowałam...
-Zgoda-przytaknęłam.
James przygryzł wargę i zaczął mówić:
-Co najpierw chcesz wiedzieć?
-Kim jesteś?-odpowiedziałam natychmiast.
Nastała cisza. Tego pytania chłopak obawiał się najbardziej.
-Ja...-urwał.-Ja tak naprawdę nie żyję...
-Jak to? Nie rozumiem...-westchnęłam smutno.
James zaczął wykonywać nerwowe ruch rekoma.
-Czy to musi być takie trudne?!-zapytał siebie.
Nagle do rozmowy dołączył Ean. Usiadł na pieńku, który wcześniej zajmowałam ja i oparł głowę na ręce.
-Już od dawna leżymy w trumnie, urnie czy co tam...-powiedział niezwykle wzruszająco.
-Czyli...-zaczęłam-jesteście aniołami?
James skrzyżował ręce na piersi i rzekł:
-Duszami...Jesteśmy zmarłymi duszami... Czasem schodzimy z góry na ziemię żeby poczuć się jak dawniej albo spełnić misję, którą nam polecono.
Odgarnęła włosy i spojrzałam w niebo. Było ciemne i mroczne.
-Czy tam jest Bóg?-zapytałam.
-Nie. On jest wyżej-odpowiedział mi Ean.-My znajdujemy się między ziemią,a tym całym Królestwem Niebieskim...
James subtelnie się uśmiechnął. Po jego twarzy wywnioskowałam, że przerabiali to więcej niż jeden raz.
Pewnie teraz zastanawiacie się czy im uwierzyłam. Odpowiedź brzmi: tak, uwierzyłam. Dlaczego? Ponieważ wiedziałam już wcześniej, że oni są wyjątkowi. Mimo że wyglądali jak ludzie było w nich coś obcego. Mianowicie : oczy. Były wnet białe. Nikt normalny nie ma takiego koloru paciorków. Poza tym były jeszcze tatuaże, które przedstawiały tego samego orła, który przyleciał kiedy James umierał. Przyjrzałam się dokładnie prawej ręce chłopaka i on również miał znak ptaka na ramieniu.
Ean spojrzał na mnie oczekując na moją ucieczkę lub krzyk, ale ja byłam oazą spokoju.
-Nie boisz się Marissa?-zapytał.
-Nie-odrzekłam stanowczo.-Nie mam czego.
Uśmiechnęłam się.
-W takim razie co jeszcze chcesz wiedzieć?-wypalił nagle James.
Zamyśliłam się.
-Skąd pochodzicie? Gdzie jest to miejsce gdzie trafia się po śmierci?
Chłopak zrobił zabawną minę i zachichotał.
-Jest tam-rzekł i wskazał chmury. Majestatyczne, puszyste obłoki, które były miejscem obiecanym...
_______________________________________________________________
Jak możecie zauważyć w prawym górnym rogu pojawił się SPAM gdzie możecie zostawić swoje reklamy i inne :) Przeczytałeś? Zostaw komentarz! Pozdrawiam Tesa :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)