sobota, 7 listopada 2015

Rozdział III ,,Kolejna kłótnia..."

Na samym wstępie pragnę serdecznie pozdrowić xBlackVeilBridesx xoxo, która swoim komentarzem motywuje mnie do dalszej pracy :) Pozdrawiam <3


-Córeczko?-mama powoli otwierała drzwi. 
-O co chodzi?-rzekłam, jednocześnie zakrywając twarz kapturem od bluzy. 
Kobieta powoli weszła do pokoju. 
-Marissa? Co tu się stało? Czemu na łóżku leżą zakrwawione chusteczki?-zapytała z wyraźnym strachem. 
-Nie wiem o czym mówisz-powiedziałam, aby trochę ją zniechęcić. 
-O tym-podniosła jedną chusteczkę, na której było jej najwięcej. 
-Leciała mi krew z nosa-skłamałam. 
-Coś kręcisz, moja droga!-pokiwała głową mama.-Nie kombinuj, tylko mów, co jest grane? 
Ciężko westchnęłam. Powoli opuściłam kaptur. Rodzicielka złapała się za głowę i zaczęła lamentować. 
-Jezusie! Kto ci to zrobił? Matko Boska... córciu! Jak ty wyglądasz? Boże Święty!
Patrzałam ta nią z irytacją. Wiedziałam, że jeśli jej powiem co się tak naprawdę stało, to dostanę szlaban na trylion lat (jak zwykle kiedy coś zwalałam na Lewisa). 
-Chodź do łazienki to cię opatrzę!-rzekła ze łzami w oczach mama. 
-Nie trzeba, Jam...-urwałam. 
Właśnie uświadomiłam sobie, że mój rozum jest jeszcze głupszy niż sądziłam. 
-Co jam?-zdziwiła się kobieta. 
-Ja...m...am zadane i muszę odrobić-wymigałam się zręcznie. 
-Przecież są ferie jesienne, nie masz zadań domowych-rzekła z sarkazmem mama. 
-No popatrz! Nie wiedziałam...-zaśmiałam się panicznie. 
Rodzicielka machnęła ręką na moje wymówki i zaprowadziła mnie do łazienki. 
-Mamo, przecież mówiłam ci, że opatrzyłam je! Jest OK!-wyrywałam się. 
Kobieta nie zwracała uwagi na to, że rany są w świetnym stanie i nie docierało do niej, że nie mam sześciu lat i umiem się sobą zająć, a konkretniej James się umie mną zająć. 
Rodzicielka chwyciła za gaziki i wodę utlenioną i zaczęła przemywać ranę na brwi. Potem zajęła się okiem i nosem. 
-Gdzie jeszcze oberwałaś?-zapytała z minimalną złością. 
Wskazałam na rękę. Zdjęłam bluzę i okazałam w pełni opuchnięte ramię. Mama pokręciła głową i dokładnie oczyściła skórę. Kiedy już skończyła rzekła: 
-To powiesz mi kto to zrobił?
-Nie uwierzysz mi. Ty nigdy mi w nic nie wierzysz...-szepnęłam, ale na tyle głośno aby to usłyszała. 
-Przysięgam, wysłucham cię i uwierzę.-mówiąc to, trzymała rękę na sercu. 
-Eh...-westchnęłam.-To... Lewis... 
Mama zamarła w bezruchu, a po chwili zignorowała mnie i moje wyznanie. 
-Wypiorę ci tą bluzę...-rzekła ni z gruszki, ni z pietruszki. 
Chwyciła za część ubioru, ale nie wrzuciła go do pralki. Przybliżyła bluzę do nosa i wciągnęła zapach. 
-Pachnie...-zaciągnęła się jeszcze raz.-Męskimi perfumami! Kto u ciebie był!? Gadaj!
-Nikt!-ponownie skłamałam. 
-Nie bredź! Mów, kto u ciebie był i co robiliście sami w pokoju?!-krzyczała mama. 
-No mówię ci, że nikogo nie było!-wrzasnęłam w odpowiedzi. 
Kobieta zamyśliła się i w chwili doznała olśnienia. 
-Alex! To Alex cię tak urządził, a ty zwaliłaś winę na Lewisa! Wiedziałam, że ten chłopak to pasożyt! Nie chcę go tu widzieć! Słyszysz? Ma zakaz wstępu i zabraniam ci się z nim spotykać!
-Co?!-słuchałam tego w wielkim zaskoczeniu. Nie sądziłam, że moja mama jest tak kreatywna! 
-To co słyszysz! Czy zrobił ci coś jeszcze, no wiesz...-dopytywała się kobieta. 
-Mamo!!! Czy możesz mnie posłuchać?! To nie Al! To Lewis!-krzyczałam bez opamiętania. 
-Teraz to przegięłaś! Masz szlaban na wszystko!-odpowiedziała rodzicielka. 
-Ale... 
-Koniec dyskusji! Do pokoju!-zażądała. 
Przygryzłam wargę i uciekłam do siebie. Usiadłam ciężko na łóżku i uderzyłam głową o poduszkę. Ten padalec mnie pobił, a ona mi nie wierzy? Skończyło się, postanowiłam udać się na tak zwany ,,spacer". Podniosłam zadek i zajrzałam do szafy. W jej głębinach odnalazłam torbę i władowałam do niej co tylko wpadło mi w ręce: ubrania, szczotkę, chusteczki, frotkę, poduszkę, bieliznę, krem, jakieś resztki jedzenia, wodę i całe moje kieszonkowe czyli pięćdziesiąt złotych. Z trudem zapięłam zamek i ponownie zajrzałam do garderoby. Włożyłam na siebie kurtkę, czapkę, kozaki, getry i ciepłe skarpetki. Otworzyłam okno i wyrzuciłam torbę. Spadła z hukiem na trawnik. Przyszła kolej na mnie. Powoli usiadłam na parapecie i spojrzałam w dół. Dwa piętra. Czy ja w ogóle to przeżyję? Cóż, nie miałam nic do stracenia. Zsunęłam zadek i skoczyłam... 
*****
Jeśli przeczytałeś, zostaw komentarz i oceń moją pracę :) Pozdrawiam ciepło wszystkich czytelników i dziękuję za 115 wyświetleń!

2 komentarze:

  1. A witam!
    Powinnaś opisywać więcej przeżyć bohaterów. Zabrakło mi trochę opisów. Przez to opowiadanie robi się mało realistyczne.
    A reszta chyba jest ok. Akcja jest dość wartka, co zawsze interesuje czytelnika :)
    Biedna Marissa. Naprawdę jej współczuję :)
    Będę czytać :)
    Życzę weny
    Bianka
    zakrecone-zycie-huncwotow.blogspot.com
    zwiadowcy-bron-bogow.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie z opisami mam trochę problemy, ale postaram się poprawić :)

      Usuń