Zaczęło padać. Na początku była to tylko mżawka, ale po pewnym czasie zrobiła się nieustająca ulewa. Krople stawały się duże i twarde. Z każdym uderzeniem o skórę, przyprawiały mnie o ból. Miałam wrażenie, że niebo się na mnie uwzięło i teraz zamiast deszczu, spuszcza na mnie falę kamieni. Na ziemi tworzyły się głębokie jak morze kałuże i z każdą chwilą ich średnica powiększała się o kilka centymetrów. W powietrzu unosił się przyjemny zapach liści i mokrej trawy. Rozejrzałam się wokół. Było ciemno, zimno, mokro i źle. Wszystko wydawało się większe, straszniejsze i mroczniejsze. Nawet zwykła ławka przypominała jakiegoś wstrętnego potwora. Nagle zatrzymałam się gwałtownie. Przed sobą ujrzałam tabliczkę, która uradowała mnie jak jeszcze nic w całym moim życiu : ,,Witamy w Lesie Lizzo". Co prawda napis był starty i okurzony, ale i tak z łatwością mogłam przeczytać jego treść. Tuż obok znaku stał kosz, dalej zaś budka z kiepskim kebabem. Dałam kilka kroków naprzód, ale prędko się zatrzymałam. Przez głowę przeszła mi myśl, której nie chciałam doświadczać- czy robię słusznie uciekając z domu? Spuściłam głowę i przeznaczyłam chwilę na rozmyślania. Przestudiowałam cały dzisiejszy dzień, bójkę, kradzież i nagle przed oczyma, w moim umyśle ujrzałam... mamę. Stała smutna i czekała na mój powrót. Poczułam, że do oczu napływają mi kujące łzy. Odpędziłam jej wizerunek i zapędziłam się dalej w las.
****
Serce lasu Lizzo. Piękne, pachnące i idealne na miejsce tymczasowego zakwaterowania. Z hukiem położyłam moją torbę na ziemi. Na moje szczęście liście drzew chroniły przed wodą, więc mogłam tu trochę obeschnąć. Odgarnęłam włosy z czoła i zaczęłam grzebać w torbie. Kanapka-nie. Woda-nie. Chusteczki-nie. Telefon- wielkie tak! Chciałam zobaczyć która godzina i może zadzwonić do Alexa... Przyszedł by tu i pocieszył mnie jak umie tylko on... Uśmiechnęłam się. Odblokowałam telefon i zaczęłam przeszukiwać kontakty. Kiedy w końcu znalazłam numer Ala, postanowiłam bez zwłoki zadzwonić. Pip, pip, pip, pip i pip. Nie odbierał. Spróbowałam jeszcze raz, ale efekt był ten sam. Schowałam telefon do kieszeni. Usiadłam na torbie i wplotłam dłoń we włosy. Z oczu zaczęły płynąć perły smutku. Nie wiedziałam co zrobić. Może wrócić? Może dać sobie spokój? Może po prostu jestem głupią wariatką, która jest najbardziej pechowym człowiekiem na ziemi?! Westchnęłam.
-Kiepski dzień, co?-usłyszałam zza pleców.
Odwróciłam głowę.
,,Tylko ciebie mi tu brakowało..."-żaliłam się sobie samej w myślach.
James... Czemu on zawsze jest wtedy, kiedy jest mi naprawdę źle? Czy on ma jakiś radar w dupie i mnie z każdym krokiem śledzi?!
-Trochę...-rzekłam gniewnie.
Zapadła krępująca cisza.
-M-mogę się dosiąść?-zająknął się James.
-Jeśli musisz...-odrzekłam z irytacją.
Przesunęłam się o kilka centymetrów. Chłopak delikatnie usiadł na torbie. Dzielił nas tylko centymetr. Znów milczenie. Nie wiedziałam o czym z nim gadać.
-James?-zapytałam.
-Tak?
-Kim ty jesteś?-rzekłam mrużąc oczy.
-No jak to kim? Tym czym jesteś ty!-zaśmiał się.
Zrobiłam usta w wąską kreskę i zaczęłam intensywnie myśleć. Zauważyłam, że jest to typ wykrętaka, który zawsze znajdzie jakąś wymówkę.
-To jakim cudem, wtedy w moim domu, się u mnie znalazłeś?-powiedziałam, licząc, że się złamie.
-Normalnie-oburzył się chłopak.-Po parapetach. Dużo ćwiczę, więc jestem silny i dałem radę.
-Okej...-rzekłam stanowczo.- Załóżmy, że ci uwierzę, ale skąd wiedziałeś, że zemdlałam?
-Miałem przeczucie...-odpowiedział tajemniczo.
Wkurzyłam się. Wstałam z torby i stanęłam oko w oko, z James'em. Złapałam go za kołnierzyk wystający z pod szarej bluzy i delikatnie pociągnęłam. Chłopak odchylił głowę i widocznie przestraszył się.
-Słuchaj no kolego-mówiłam przez zaciśnięte zęby.-Mam już dosyć twoich gierek i masz mi wyśpiewać wszystko jak leci. Skąd mnie znasz, jakim cudem wiesz o całym moim życiu i czym jesteś!? Skaczesz sobie z okna i znikasz jak gdyby nigdy nic, a teraz się do mnie przystawiasz! Tłumacz się albo urwę ci co nieco!
James'owi zabrakło tchu. Nie wiedział co powiedzieć. Miałam wrażenie, że zaraz się rozbeczy jak mała dzidzia. Ale nie! Otrząsnął się i z dumą powiedział.
-Jesteś Marissa Hughes, prawda?
Kiwnęłam niepewnie głową.
-Urodziłaś się dwunastego października roku 1999, czy mam rację?
Ponownie potwierdziłam.
-Twoja matka ma na imię Anais, ojciec nie żyje, prawda?
Przytaknęłam.
-Masz młodszą siostrę Liliannę i ojczyma Lewisa. Twoja mama wyszła za niego za mąż trzy lata po śmierci twojego taty. Byłaś z nim ciężko związana i trudno przeżyłaś jego odejście, tak?
-Tak, ale do czego to prowadzi?-zdenerwowałam się.
Puściłam kołnierzyk James'a i oddaliłam się kilka kroków.
-Chodzi mi o to... To skomplikowane-...urwał gwałtownie chłopak.
Zaczęłam ciężko oddychać. Nagle usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Alex...
-Porozmawiamy za chwilę-rzekłam z gniewem w oczach.
Odeszłam kilka kroków. Stanęłam za wielkim drzewem i odebrałam telefon.
-Tak?-szepnęłam.
-Marissa, co chciałaś?-zapytał jakby od niechcenia.
-Jak to co?!-zdziwiłam się.-Chciałam zwyczajnie pogadać.
-Kotku, nie mam czasu na paplaninę.
Wyprostowałam się.
-Nie masz czasu, tak?
-Tak, Mars! Muszę kończyć.
-Ale...-urwałam bo usłyszałam coś bardzo dziwnego.
Jakby...damski głos! I to nie głos mamy Alexa tylko jakieś młodej dziewczyny...
-,,Al, chodź już! Proszę, ile mogę czekać!? (śmiech) Czemu jej nie powiesz? Przecież...-nie usłyszałam, bo chłopak się rozłączył.
Stanęłam jak wryta. Nie wiedziałam co począć. Z oczu zaczęły wypływać mi ciemne łzy, a ja powoli upadłam na kolana. Oparłam się o dąb i schowałam głowę w rękach. Usłyszałam kroki.
-James...-mówiłam chlipiąc.-I co? Znowu mi powiesz, że to przypadek? Że jesteś zawsze kiedy mi smutno? Nie mam ochoty teraz gadać. A nie, zapomniałam! Ty jesteś rycerzem na białym koniu, który niesie mi ofiarną pomoc i pocieszenie!
Zaśmiałam się panicznie. Pokręciłam głową i ponownie schowałam się w moich odnóżach. Kroki wciąż się zbliżały. Westchnęłam. Odwróciłam głowę.
-To w końcu zdradzisz mi swoje imię?-zapytał ten sam chłopak, który wyrwał mnie z obleśnych rąk gangu.
Patrzyłam na niego moimi seledynowymi oczyma i nie dowierzałam. Tak po prostu sobie przychodzi i pyta o imię. Kto tak robi?! Jakiś frajer!
-Skąd się u wziąłeś?
-Przechodziłem obok. To zdradzisz mi swoje imię?-zapytał.
-Nie odpuścisz, co?-uśmiechnęłam się krzywo.
-Nie-rzekł stanowczo wybawca i oparł się o drzewo.
-Skoro już musisz wiedzieć to mam na imię Marissa.
Chłopak uśmiechnął się. Ten drobny gest był jakiś hipnotyzujący. Kiedy słyszałam głos wybawcy moje serce stawało w gardle, a oczy łaknęły jego widoku.
-A ty? Jak się zwiesz?-zapytałam z ciekawością.
-Ean-rzekł, a moja pikawa znów znalazła się w gardzieli.
Mruknęłam.
-Słuchaj Marissa, co ty tu właściwie robisz?-chłopak stał się poważny.
-Długa historia...-chciałam go zniechęcić.
-Mam czas-rzekł i usiadł obok mnie.
Byliśmy tak blisko. Tym razem moje serce chciało wyskoczyć z piersi. Zaczęłam się rumienić.
-Zacznij swoją opowieść-zachęcił mnie Ean.
-Och... Od czego by tu zacząć!-kręciłam głową.-O mam! Dziś są moje szesnaste urodziny. Było przyjęcie i wszystko super, ale pod koniec mój ukochany ojczym wspomniał o bardzo bliskiej mi osobie, która już nie żyje... Popsuł wszystko, a ja uciekłam z domu. Spotkałam jakiegoś porąbanego gościa, który ma radar w zadku, ale mimo to wróciłam do zawszonego domu. Tam czekał na mnie ojczym i na powitanie zbił mnie na kwaśne jabłko. Poszłam powiedzieć o tym mojej mamie, ale ona dała mi jedynie karę i uciekłam. Przed chwilą chcieli mnie okraść, ale ty mnie ocaliłeś, a i jeszcze znowu, przed chwilą, spotkałam tego chłopaka z radarem, i prawie go pobiłam, ale to nie wszystko! Dzwonił mój chłopak. Znalazł sobie jakąś lafiryndę.-skończyłam z załamaniem.
Schowałam głowę w rękach.
-Nie martw się. Pomogę ci -rzekł Ean z pokrzepieniem.
Spojrzałam na niego, a nasze oczy się spotkały.
,,Jezu, jaki on jest przystojny!"-pomyślałam.
Chłopak złapał mnie za rękę i posłał ten zniewalający uśmiech, przez który moje serce skacze jak porąbane...
******
Dzięki za przeczytanie! Mam nadzieję, że zostawisz komentarz i zmotywujesz mnie do dalszej pracy :) Pozdrawiam ciepło! Tesa
Aleksandra, miło mi!
OdpowiedzUsuńWpadłam do Ciebie przypadkiem i muszę przyznać, że spodobało mi się tutaj i zostanę na dłużej :)
W sumie nie wiem od czego zacząć komentarz...
Wyjustowałabym tekst, tak wygląda to o niebo lepiej. Ładnie tworzysz opisy, ale gdy już się wkradnie dialog robi się z niego długaśśny pociąg i tak dialog za dialogiem, tam warto byłoby wpleść jakiś opis, a ogólnie ich tworzenie (z tego co zdążyłam zauważyć) nie sprawia Ci wielgachnych problemów, bo są tworzone bardzo fajne - tak bardzo masło maślane no ale cóż :D
W każdym razie powodzenia w blogowaniu, jeszcze tu kiedyś wpadnę!
Pozdrawiam
AleksandraOla
(Ps. W wolnej chwili zapraszam do siebie, a już Ci się spodoba i może zaobserwujesz... :)) http://james-i-lily-nasza-bajka.blogspot.com/ )
Dzięki za opinię! :) Też się właśnie zastanawiałam dlaczego wszystko jest takie chaotyczne... Teraz już wiem i w następnym poście postaram się jak tylko mogę :)
OdpowiedzUsuńCiekawe, chętnie będę odwiedzać :)
OdpowiedzUsuńDzięki :) Dziś next <3
Usuń